Ads 468x60px

13.10.2012

Recenzja gry Thor: God of Thunder, czyli kręcimy młotem!

Już podczas pisania zapowiedzi gry Thor: God of Thunder nie wyrażałem większego entuzjazmu względem tej produkcji. Nie od dzisiaj wiadomo, że egranizacje nie rozpieszczają graczy miodnym gamepalyem. Mimo nikłych nadziei, że być może pozycja SEGI okaże się chociażby przeciętna, już po godzinie zabawy wiedziałem, ze to kolejna próba wyciągnięcia kasy od fanów filmu i komiksu Marvella. Thor przeniesiony na ekrany monitorów to (podobnie zresztą film) pozycja nieciekawa i po prostu nudna.

BÓG PIORUNÓW

Standardowo zacznę od fabuły, której konstrukcja jest sztampowa do bólu. Główny bohater, tytułowy Bóg Piorunów musi uratować krainę Asgard przed unicestwieniem, a wszystkiemu towarzyszy motyw zemsty. Sprawy nie ułatwia nawet Loki, który podstępem podpuszcza Thora, który uwalnia bestię zwaną Mangogiem. Brzmi znajomo? No cóż, wielbiciele serii God of War z pewnością zauważą w recenzowanej produkcji bardzo ubogą wersję ulubionego odpowiednika. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że zmarnowano fajną licencję oraz opowieść, która miała naprawdę spory potencjał. Ale przecież to gra robiona na kolanie, czego więc można się spodziewać?




Pod względem rozgrywki Thor to najzwyklejszy w świecie podrzędny slasher, jakich wiele. Bohater jako swojego oręża używa młota, przy okazji wspomagając się różnymi mocami. Dzielą się na one na trzy kategorie: wind, thunder oraz lighting. Ich używanie daje największą frajdę, (choć i tak jest znikoma…), samych mocy jest niestety niewiele. Twórcy oddali nam do użytku sporo kombosów, z których kilka dostępnych jest dopiero po odblokowaniu w określonym miejscu w grze. Bóg zdobywa także doświadczenie pozwalające na odblokowanie umiejętności, których jest trzydzieści sześć. Niestety, śmierdzą one standardem na kilometr i o zapachu jakiejkolwiek innowacji nie ma mowy. Co prawda sieczka na tle mitologii nordyckiej może się niektórym spodobać, jednak mając w głowie postać Kratosa, Thor wydaje się po prostu śmieszną alternatywą.

BYE BYE, MASZKARO!

Również oponenci nie porywają oryginalnością i szczerze mówiąc żaden z nich nie zapadł mi w pamięci na dłużej. Bardziej boli fakt, że potyczki z bossami srogo rozczarowują. Gra stara się być epicka jak God of War, a wychodzi efekt odwrotny do zamierzonego. Co z tego, że badassy są ogromnie jak Pałac Kultury, skoro podczas walki z nimi nie robimy nic innego, jak tylko notorycznie nawalamy młotem i używamy mocy? Zero jakiejkolwiek finezji i konieczności obierania taktyki sprawia, że starcia z gigantami są nudne. A miało być tak epicko…


Grafika również nie należy do górnolotnych. Eksplorowane przez nas lokacje mają sprawiać wrażenie zróżnicowanych, jednak po bliższym kontakcie z teksturami ciągle mamy do czynienia z tym samym. Sprawę pogarszają ascetyzm w materii obiektów na planszach i skąpe animacje teł. Podczas filmików, choć dość ładnie wykonanych, nie mogłem powstrzymać się od ziewów.

Thor: God of Thunder to kiepska gra. Nie znalazłem w niej absolutnie nic, co by mogło sprowadzić ją chociażby do poziomu przeciętnej rąbanki. Produkcja garściami czerpie z serii God of War, jednak wszystko wykonane jest znacznie gorzej i przez to modliłem się, by jak najszybciej powrócić do Kratosa. Szkoda, bo twórcy mieli spore pole do popisu.

  • Mitologia nordycka
  • + Można posiekać...
  • - ...ale lepiej wrócić do Kratosa
  • - Nudna
  • - Mierna grafika i dźwięk
  • - Ogólnie: nic ciekawego 
OCENA
2.5

10.10.2012

Recenzja gry deBlob2: the Undergraound, czyli zabawy farbami!

Każdy z nas będąc dzieckiem siedział przy stole i z wywieszonym jęzorem mazał kredkami po pustych przestrzeniach ograniczonych wyraźnymi konturami. Czasami robiliśmy to byle jak, często jednak usilnie staraliśmy się nie wyjść poza linie i z dziecinną precyzją dobierając kolory nadawaliśmy obrazkom drugie życie. Mowa oczywiście o kolorowankach – obowiązku każdego przedszkolaka. de Blob 2: The Underground to nic innego jak kolorowanie na ekranie. Z tym, że tutaj nadajemy barwy całemu miastu!

WIĘC CHODŹ, POMALUJ MÓJ ŚWIAT...
Główny bohater to sympatyczny... owalny kształt o imieniu Blob. Potrafi on wchłonąć jeden kolor na raz i tym samym zwiększyć swoje rozmiary. Rozliczne barwy czerpie ze specjalnych punktów do tego przeznaczonych rozproszonych po planszy. Wszystko po to, by w wyznaczonym czasie pomalować miasteczko zgodnie z wytycznymi. Banalne? A jakże! Ale ile frajdy!




Poziom trudności zabawy sukcesywnie rośnie wraz z naszymi postępami. W kolejnych etapach musimy ożywić większy obszar miasta, paleta kolorów powiększa się o nowe barwy, a elementy do pomalowania stają się trudniej dostępne. Tutaj idealnie widać, że produkcja jest nie tylko pozycją reprezentującą gatunek gier zręcznościowych, ale też logicznych. Budowla kilkupiętrowa wymaga odpowiedniego zagospodarowania czasem. Należy działać szybko, ale nie bezmyślnie, bowiem całe kolorowanie odbywa się poprzez dotknięcie ściany Blobem. Nie oznacza to jednak, że gra wymaga od nas chirurgicznej precyzji, mimo to trzeba poświęcić nieco uwagi, by przypadkowo nie zmienić koloru raz już oblanej prawidłową barwą ściany.

MISSION POSSIBLE

W kampanii, z jaką będziemy mieli do czynienia, zwiedzimy 11 dzielnic miasteczka Prisma City. Nie determinuje to faktu, że tylko główne wytyczne będą stanowiły o żywotności gry. Zadań pobocznych jest naprawdę sporo i choć nie urozmaicają zabawy w materii samej rozgrywki, to dają dodatkową porcję świetnego gameplayu. Czasami będzie to „zaliczenie” wszystkich drzewek w miasteczku, czy też dotknięcie plakatów rozklejonych na domach. Pozornie nic ciekawego – w rzeczywistości naprawdę przyjemny dodatek. Nie można zapomnieć o misjach, których akcja rozgrywa się we wnętrzach budowli. Również tutaj cała idea tkwi w tańcach z barwami. Jeśli chcemy pojechać windą, nasz Blob musi zmienić barwę na żółtą, dźwignie uruchamiają się tylko wtedy, kiedy będą przemalowane na odpowiedni kolor. Można rzec, że tutaj ciągle robi się to samo. Nie będzie to stwierdzenie błędne. Ale to naprawdę absolutnie nie sprawia, że gra się nudzi.

Oczywiście, żeby nie było zbyt łatwo, na naszej drodze staną różne przeszkody, z którymi Blob będzie musiał się uporać. Pierwszą z nich są potworki, które potrafią przyssać się do naszego bohatera lub też strącić go do atramentu (co skutkuje utraceniem życia). Przemoc jest tutaj oczywiście mocno umowna – wystarczy wskoczyć na oponenta, by go wyeliminować. Kolejnym utrudnieniem bywa niewielka ilość basenów z farbkami. Często bywa tak, że ich zawartość nie jest adekwatna do ilości potrzebnej do pomalowania obiektów oznaczonych w wytycznych misji. Sadzawki napełniają się z czasem, jednak o bezczynnym staniu w miejscu w oczekiwaniu na przypływ odpowiedniego surowca nie ma mowy – czas goni i często to możemy dotkliwie odczuć.




ZIMNO, CIEPŁO, GORĄCO!

Projekty poszczególnych poziomów są naprawdę pomysłowe. Architektura Prisma City różni się w każdej dzielnicy licznymi detalami. Początkowo wszystko jest szaro-bure, jednak gdy tylko zakasamy rękawy i weźmiemy się do roboty, możemy podziwiać przepiękny, kolorowy świat, który tętni życiem. Początkowo statyczne elementy po oblaniu barwami zaczynają działać, jak choćby drzewa wdzięcznie kołyszące się na wietrze, czy też fontanny uruchamiające się po odpowiednim zastosowaniu kolorów.

de Blob 2: The Underground to pozycja dedykowana dla dzieci, jednak wszyscy gracze, niezależnie od wieku, z pewnością będą się przy niej doskonale bawić. Niesamowita grafika napawa optymizmem, gameplay naprawdę cieszy i daje masę dziecięcej radości, a ukryte bonusy potrafią zmotywować do działania. Ta produkcja po raz kolejny udowadnia, że prosty pomysł potrafi przyciągnąć do ekranu na wiele godzin. Polecam gorąco!

  • + Prosty pomysł...
  • + ...i jego wykonanie
  • + Duże pokłady grywalności
  • + Fajne połączenie gry logicznej i zręcznościowej
  • - Niektórych zapewne znudzi ciągłe malowanie
  • - Kamera czasami daje się we znaki
OCENA
9

4.10.2012

Recenzja gry Marvel vs. Capcom 3: Fate of Two Worlds, czyli klepiemy maski!

Prosiliśmy, czekaliśmy i w końcu - dostaliśmy! Blisko dekadę po ukazaniu się Marvel vs. Capcom 2 na świat przyszła trzecia odsłona znanego i cenionego cross-overa. Moje niewygórowane oczekiwania względem tej produkcji sprawiły, że nie tylko świetnie się przy niej bawiłem, ale także zostałem pozytywnie zaskoczony. Jest ładnie, ciekawie, brutalnie i (a jakże!) grywalnie.

NIE MA TO JAK STANDARD

Na początek warto pokrótce zorientować się, jakie tryby gry Fate of Two Worlds nam oferuje. W tej materii nie znajdziemy żadnych innowacji - wszystko to już było, nawet w bardzo leciwych mordobiciach. Wybierając Arcade Mode będziemy mieli okazję stoczyć kilka różnorodnych walk, by zwieńczyć nasz sukces poprzez pokonanie Pożeracza Planet Galactusa (jeśli orientujesz się w marvelowskich komiksach, z pewnością będziesz wiedział, kim ów Pożeracz jest). Po zasłużonym triumfie naszym oczom ukaże się epilog złożony z plansz rodem z PowerPointa. W bijatykach taki zabieg jest bardzo częsty, po tej produkcji jednak mimo wszystko spodziewałem się jakiegoś filmoweo outro. Szkoda.



Trening pełni rolę samouczka, w którym dane nam będzie popracować nad swoimi umiejętnościami. Sprawę znacząco ułatwia fakt, że mamy możliowść sprecyzowania zachowania przeciwnika, jeśli chcemy bezstresowo pokombinować z przyciskami, ustawiamy wroga na tryb bezruchu. Nie ma oporów też, by w tutorialu zmierzyć się z oponentem używającym zaawansowanych ciosów. Mimo oczywistych plusów tego wariantu, na tej płaszczyźnie lepiej prezentuje się tryb Mission, czyli kolejny trening z tym, że został on podzielony na misje indywidualne dla każdej postaci. W każdej musimy wykonać określone kombosy, które wymagają niemałej wprawy, jednak zdecydowanie szybciej można je opanować niż podczas standardowego samouczka.

Ostatni z trybów to Versus, gdzie mamy okazję pookładać się po twarzach ze znajomymi przy jednej konsoli w trybie offline. Rozgrywka sieciowa również cieszy nie mniej, choć niekiedy trzeba naprawdę długo czekać, aż system wyszuka odpowiedniego przeciwnika do walki. Na ogromny plus bez wątpienia należy zaliczyć brak jakichkolwiek lagów - wszystko dzieje się płynnie bez żadnych chrupnięć i ścinek.




W RÓŻNORODNOŚCI SIŁA

W grze mamy do dyspozycji 36 różnorodnych bohaterów (a dam sobie głowę uciąć, że będzie ich więcej w planowanych DLC) zarówno wykreowanych przez Capcom (Dante, Ryu), jak i Marvela (Wolverine, Hulk). Cieszy fakt, że przeciwnicy mają bardzo zróżnicowany wachlarz ciosów, każdym wojownikiem walczy się odmiennie, mają swoje słabe i mocne strony, które warto poznać. Konieczne jest przetestowanie wszystkich bohaterów, by wybrać dla siebie najbardziej optymalne postacie, których styl walki będzie nam odpowiadał. Można nieco narzekać na niedokładne zbalansowanie herosów, ale każdego można pokonać, jeśli tylko odpowiednio się pokombinuje.

Mechanika w grze jest nieco uproszczona względem tego, co prezentowała nam "dwójka". Przyciski na padzie nie odpowiadają już za kopniaka, czy też wyprowadzenie prostego uderzenia pięścią, a miast tego mamy podział na ciosy słabe, średnie, mocne, którym towarzyszy jeden dodatkowy wyrzucający oponenta w powietrze. Wszelkie kombosy wykonujemy równie prosto - przycisk plus strzałka jest lekarstwem na wszystko, choć przy tych bardziej skomplikowanych akcjach trzeba będzie się zdecydowanie bardziej namęczyć. Prosta mechanika z pewnością przyciągnie początkujących graczy, zaawansowani wyjadacze gatunku będą równie zadowoleni.

3 VS 3

Mordoklepki przyzwyczaiły nas do walk jeden na jeden, w Marvel vs. Capcom 3 mamy do czynienia z potyczką dwóch drużyn składających się z trzech postaci każda. Mogłoby się wydawać, że taki pojedynek będzie trwał o wiele za długo, jednak jest to wrażenie mylne. Przy odpowiednim dobraniu kombosów jesteśmy w stanie bardzo szybko skrócić pasek zdrowia wroga. Na planszy walka prezentuje się prosto - jeden wojownik działa, reszta grzeje ławkę rezerwowych. Czekając na swoją kolej, kompani wspierają nas asystami polegającymi na krótkim wkroczeniu na pole walki i wyprowadzeniu szybkiego ciosu. Owych asyst trzeba używać rozważnie i w odpowiednim momencie - jeśli pomocnik wkroczy na pole, gdy wróg kończy sekwencję masakrycznego combo, ma niesamowitą okazję, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dosłownie. Ważnym elementem drużynowym jest także specjalny atak, wykonywany przez jedną, dwie lub też trzy postacie jednocześnie. Za każdym razem, gdy przeciwnik dostaje od nas manto lub też gdy my wyhaczymy sierpowego, ładuje nam się specjalny pasek. Ile razy osiągnie maksymalną wartość, tylu bohaterów wykona niesamowity atak, zależny od doboru herosów.


JAK TU ŁADNIE!

Grafika w tej produkcji robi wrażenie, jednak jeśli masz nawet minimalne skłonności do padaczki - nie bierz się za nią. Migający ekran oblany żywymi kolorami wygląda atrakcyjnie, wszystko zmienia się dynamicznie, a animacje kombosów cieszą oko. Ruchy postaci nie pozostawaiają wiele do życzenia. Przyczepić się można jedynie do niewielkiej ilości aren. Bardzo dobrze wypadają także odgłosy postaci - w większość są świetnie dobrane, fanów języka japońskiego ucieszy możliwość przełączenia ich na oryginalne odzywki. Muzyka stoi na wysokim poziomie - każdy wojownik ma swój unikalny utwór charakterystyczny dla niego.

Jak niemal w każdej bijatyce, wraz z postępami w grze odblokowujemy rozmaite bonusy w postaci licznych grafik oraz strojów. Te drugie są wepchnięte nieco na siłę, nie byłoby powodów do narzekania gdyby nie to, że alternatywne wdzianka róznią się tylko i wyłącznie kolorem. Cieszą także monitorowane na bieżąco statystyki gracza, które możemy obserwować na swoim profilu.

Marvel vs. Capcom 3: Fate of Two Worlds jest produkcją bardzo grywalną. Nie wprowadza do serii licznych zmian, można pokusić się o stwierdzenie, że jest rozwinięciem poprzedniej odsłony. Osobiście nie traktuję tego jako minus, od "dwójki" upłynął już szmat czasu, dlatego fajnie jest przypomnieć sobie starą magię cyklu w nowej oprawie.


  • + Postacie znane i lubiane...
  • + ...i ich zróżnicowanie
  • + Audio-wideo
  • + Przystępna i satysfakcjonująca
  • + Sporo grywalności
  • - Za mało aren
  • - Niewiele trybów single

OCENA
8