Ads 468x60px

31.12.2012

Recenzja gry Bridge Project, czyli budujemy mosty!


Jeśli mieliście w przeszłości przyjemność obcowania z Pontifexem i podobnie jak ja miło wspominacie ten czas, z pewnością znajdziecie w Bridge Project coś dla siebie. Sequel tytułu Bridge Builder z 2004 roku, mimo moich obaw, okazał się interesującą pozycją, przy której spędziłem kilkanaście przyjemnych godzin. Oczywiście, nie jest idealnie, lecz jako zabójca czasu sprawdza się znakomicie.

BOB BUDOWNICZY

Zadaniem gracza jest zbudowanie mostu w taki sposób, aby ten umożliwił pojazdom sprawne przemieszczenie się na drugą stronę. Brzmi banalnie, jednak w rzeczywistości to karkołomne zadanie. Sam model zabawy do skomplikowanych nie należy – wybieramy materiały i łączymy je w dostępnych punktach. Pokryciem jezdni oraz wypełnieniem przeciwnej strony mostu zajmuje się komputer, jednak chętni mogą to robić samodzielnie, bez pomocy wirtualnej AI. Nie zawsze konstrukcje będą wyglądały tak samo – niektóre z nich będą musiały się podnosić, aby umożliwić statkom przepłynięcie. Gdy już uznamy, że nasze dzieło jest gotowe do użytku, przychodzi czas na fazę testów. Most musi być w stanie wytrzymać obciążenie samochodów osobowych, ciężarówek, a nawet... czołgów. Jeśli pomyślnie przejdzie próby, zaliczamy etap i przechodzimy do kolejnego. Jeśli nie, niezbędne będą poprawki w module projektowania. Cała gra obejmuje 55 etapów (z czego siedem jest bonusowych) rozgrywanych w czterech krajobrazach. Prócz warunków miejskich i wiejskich, zbudujemy mosty w kanionie oraz na terenie różnorodnym.




Pierwsze minuty spędzone z Bridge Project mogą skutecznie zniechęcić do dalszej gry. Powodem jest brak jakiegokolwiek samouczka, który wpoiłby nam zasady zabawy. Zdezorientowani gracze, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z tytułami tego typu, z pewnością szybko odpuszczą sobie przygodę z budowaniem mostów nie mając ochoty na naukę metodą prób i błędów. Z pomocą może przyjść załączona instrukcja, lecz nic nie zastąpi tutoriala z prawdziwego zdarzenia.

BUDUJEMY MOSTY

Sam proces budowy wymaga od nas kombinowania. Przede wszystkim, w grze występuje kilka rodzajów materiałów służących do różnych celów, ponadto w danym etapie mamy ich ograniczoną ilość do użycia, stąd jesteśmy zmuszeni do rozsądnego dysponowania zasobami. Bywa, że stworzenie sprawnie działającego mostu nie pochłonie wszystkich dostępnych części, innym razem będziemy zmuszeni mocno główkować i kombinować z ich rozmieszczeniem. BP nie jest niestety pozbawiony wad. Jedną z nich jest niezrozumiała ocena stabilności konstrukcji. Zdarzało się, że za jednym razem most złożył się jak domek z kart, zaś podczas drugiej próby (bez wprowadzania żadnych modyfikacji) wszystko poszło zgodnie z planem. Co więcej, sama animacja rozpadającej się budowli pozostawia wiele do życzenia. Kilkukrotnie nawet produkcja bezczelnie zawiesiła się, co wymagało restartu gry.



Graficznie Bridge Project nie prezentuje najwyższych standardów, lecz z drugiej strony nie razi też brzydotą. Odwzorowanie krajobrazów jest atrakcyjne dla oka. Warstwa muzyczna również prezentuje stany średnie, ot nieprzeszkadzające brzdąkanie, na które nie zwraca się większej uwagi. Pamiętajmy, że recenzowany tytuł to zwykły symulator, więc elementy audiowizualne nie mają większego znaczenia. Warto wspomnieć o ciekawej opcji wydłużającą żywotność tytułu jaką jest edytor poziomów, całkiem ciekawy i przejrzysty.

W ogólny rozrachunku dzieło Caipirinha Games to pozycja godna polecania głównie fanom gatunku, co nie oznacza, że i niedzielni gracze nie znajdą w niej coś dla siebie. To ciekawy tytuł wymagający główkowania i logicznego myślenia. Jeśli macie ochotę zagrać w jedną z lepszych produkcji w tej tematyce, Bridge Project będzie dobrym rozwiązaniem.  

Plusy
 Wymaga myślenia
 Sporo różnorodnych etapów
 Edytor poziomów
                                                                             
Minusy
 Brak samouczka!
 Mniejsze lub większe bugi



Grę do recenzji dostarczyła firma IQ PUBLISHING

16.12.2012

Recenzja gry Alan Wake, czyli stajemy twarzą w twarz z mrokiem!


Kiedy Remedy Entertainment ogłosiło, że ich świetnie oceniany tytuł Alan Wake trafi na blaszaki, nie mogłem powstrzymać się od napadów radości. Kiedy dostałem egzemplarz w swoje zniecierpliwione łapki, postanowiłem jednak poczekać odkładając na bok niewyobrażalny hype. Wiecie, jak to jest – jak się ktoś zbyt mocno nakręci, to albo w ogóle nie zauważa wad, albo każdą usterkę wyolbrzymia do skandaliczne wysokich rozmiarów. W końcu przyszedł czas na ostateczną konfrontację i po dwukrotnym przejściu produkcji stwierdzam, że pozycja jest jak najbardziej godna uwagi, jednak nie jest to gra genialna. Dlaczego? Tego dowiecie się z poniższej recenzji.



MAMY KRYZYS!

Tytułowy Alan Wake jest pisarzem mającym na swoim koncie kilka udanych i cenionych powieści. Po wielu sukcesach przyszedł okres artystycznej posuchy, mimo usilnych starań, bohater nie jest w stanie nic napisać. Mając nadzieję na przerwanie kryzysu twórczego, Alan wraz z żoną Alice udaje się na wakacje do miasteczka Bright Falls. Alice wierząc, że przy okazji odpoczynku uda się jej mężowi przełamać wewnętrzną barierę, daruje mu maszynę do pisania. Wake wpada w furię i wybiega z domu, po tym zaczyna się lawina zdarzeń i intryg. Nasz protagonista stanie przed rozmaitymi dylematami, by uratować swoją zaginioną ukochaną.

Fabuła poprowadzona jest ciekawie, całość ma charakter kilkuodcinkowego serialu. Nie zabraknie ciekawych postaci drugoplanowych, które zapadają w pamięć. Napięcie jest stopniowane w taki sposób, aby zaciekawić gracza, a ten z przyjemnością brnął w mroczną i ponurą opowieść. Zwroty akcji, choć niektóre strasznie przewidywalne, potrafią zrobić wrażenie. Cała historia z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom prozy Kinga i Lovecrafta, a ich wnikliwe oko wyłapie nawiązania do dzieł tych pisarzy.

Fabuła jest zdecydowanie najmocniejszym punktem recenzowanej produkcji, jednak nie jest ona pozbawiona wad. Przede wszystkim nieco irytujące są zabiegi sztucznie wydłużające rozgrywkę, jak chociażby bezsensowne pokonywanie drogi naokoło, bo nagle coś zatarasowało drogę lub Alan nie zdążył dobiec do windy. Boli to tym bardziej, że dziecko Remedy Entertainment jest pozycją liniową, przez co po jednokrotnym przejściu nie chce się do niej wracać.



LATARKA NAJLEPSZYM PRZYJACIELEM ALANA

Rozgrywkę ciężko nazwać perfekcyjną. Głównie ze względu na fakt, że Alan Wake nie jest ani porządnym shooterem, ani satysfakcjonującym survivalem. Przeciwnikami bohatera są Opętani, czyli ludzie, których posiadła destrukcyjna moc mroku. Aby unieszkodliwić takiego oponenta, musimy najpierw uwolnić go spod potęgi ciemności, dopiero potem możemy zastosować bardziej konkretne argumenty. Mamy tu do dyspozycji rewolwer oraz trzy rodzaje strzelb (zwykłą, powtarzalną i myśliwską). Jesteśmy w stanie także błyskawicznie eksterminować większe grupy przeciwników za pomocą wyrzutni rakiet lub granatów hukowych. Samych źródeł światła, jakie okażą się niezastąpione w walce z mrokiem, jest kilka typów – od trzech rodzajów latarek po race. Okazjonalnie będzie nam dane skorzystać z reflektorów i lamp, jednak ich nie da się ze sobą zabrać.

Opętani to najczęściej spotykani wrogowie, jednak nie tylko oni padli ofiarą mroku. Nierzadko zaatakują nas stada ptaków oraz... rozmaite przedmioty i pojazdy. Fruwające betoniarki i kontenery, mordercze koparki i lewitujące opony to w recenzowanej produkcji normalka. Oczywiście wszystkiemu zaradzić może najzwyklejsza latarka.

Samo strzelanie zrealizowane jest dość przeciętnie. Jako celownik służy nam snop światła z latarki, jednak mechanika pomaga nieco graczom automatycznym celowaniem, niestety nie zawsze skutecznym. Ponadto headshoty nie zawsze są efektywne, niektórzy oponenci wymagają ich aż trzech, aby rozpłynąć się w powietrzu. Starcia są dość dobrze wyważone, na normalnym poziomie trudności nieraz trzeba posiłkować się ucieczką, bowiem zbyt liczna grupa Opętanych przy braku amunicji jest nie pokonania. Niestety, twórcy nie zadbali o żadną broń do walki wręcz.

W GŁĘBI LASU

Większą część gry spędzimy w lesie. Czasami przyjdzie nam odwiedzić bardziej zróżnicowane miejscówki, jak chociażby pospacerujemy po Bright Falls oraz odkryjemy tajemnice farmy braci Anderson, miłośników nordyckiej mitologii i mocniejszych brzmień. To jednak tylko ułamek tego, co dane nam będzie zobaczyć przez około ośmiu godzin gry, bowiem większość czasu spędzimy w nudnym, monotonnym lesie. Naprawdę szkoda, bo po pewnym czasie zacząłem się modlić, żeby w końcu zobaczyć inną scenerię niż drzewa przy sztucznym oświetleniu.



Całość gameplayu składa się głównie z walki, biegania, przesuwania przedmiotów torujących drogę, uruchamianiu generatorów i szukaniu rozmaitych znajdziek pełniących w grze funkcję kolekcjonerską. Prócz porozrzucanych kartek maszynopisu, ciekawych audycji radiowych i telewizyjnych reszta nie daje żadnych korzyści. Te pierwsze dorzucają swoje trzy grosze do klimatu i pomagają wczuć się w opowieść. Kolekcjonowanie termosów z kawą czy też przewracanie piramidek z puszek to zabawa dla zabawy. Najbardziej opłacalnym działaniem dodatkowym jest szukanie skrzyń z cenną amunicją. Te odnajdujemy tylko dzięki wskazówkom ujawniającymi się jedynie podczas oświetlenia konkretnych elementów otoczenia.

PIĘKNY MROK

Graficznie Alan Wake daje radę, malownicze widoki podziwia się z przyjemnością. Mimo to nasze oczy uświadczą głównie sztucznie oświetlonych mrocznych scenerii i to czerń i żółcie będą grały pierwsze skrzypce. Nie polecam tytułu ludziom ze skłonnościami epileptycznymi, podczas oświetlania ciasnych pomieszczeń skąpanych w ciemnościach może zakręcić się w głowie. Do warstwy muzycznej nie mam żadnych zastrzeżeń, audio jest jak najbardziej klimatyczne, ponadto poszczególne utwory brzmią jak z naprawdę dobrego serialu i warto ich posłuchać nawet bez obcowania z grą.

Pecetowa optymalizacja Alana Wake'a nie budzi zastrzeżeń pod warunkiem, że dysponujemy nieco mocniejszymi sprzętem, niż spełniającym minimalne wymagania zalecane przez producenta. W przeciwnym razie gra może boleśnie przycinać w niektórych miejscach. Nieco kuleje sterowanie grając na myszy i klawiaturze, jednak szybko idzie się przyzwyczaić do kapryśnej kamery w niektórych momentach.

Alan Wake to udana produkcja z naprawdę intrygująca i wciągającą fabułą, jednak monotonne lokacje, sporadyczne dłużyzny oraz kilka niefortunnych wpadek – te mankamenty są jak najbardziej widoczne. Warto sięgnąć chociażby ze względu na ciekawą konwencję i opowieść. Mimo że produkcja absolutnie nie straszy, to jest to pozycja obowiązkowa dla fanów grozy i kryminałów, bowiem klimat tytułu powala. Szkoda tylko, że to gra na raz...

Plusy
Niezła fabuła
Ciekawe postacie
Niesamowity klimat i ścieżka audio
Pomysł na rozgrywkę...

Minusy
.. ale mógłby być lepiej zrealizowany
Monotonia i dłużyzny
Gra na raz




12.12.2012

Recenzja gry King's Bounty: Wojownicy Północy, czyli stajemy u boku Wikingów!

Wojownicy Północy to trzecie (nie licząc darmowego pakietu kampanii Maja Lidia Kossakowska - Ścieżki Przeznaczenia) pełnoprawne rozszerzenie do rewelacyjnego miksu strategii turowej i RPG. Po fenomenalnej Wojowniczej Księżniczce i nieco mniej udanych, lecz wciąż dających masę frajdy Nowych Światach przyszedł czas na Wojowników Północy. Czy King's Bounty nadal wciąga jak morskie wiry i bawi lepiej niż godziny spędzone na czacie?





BIURO WIKINGÓW ZAGINIONYCH

Bezsprzecznie tak, nowy add-on do KB to kawał solidnej produkcji. W gruncie rzeczy mamy do czynienia z tym samym, co wcześniej dane nam było uświadczyć, okraszone nową fabułą, lokacjami, postaciami i rozmaitymi pomniejszymi dodatkami. Nie ma tu żadnej rewolucji ani w sferze gameplayu, ani pod względem oprawy wizualnej. Dlatego jeśli King's Bounty zawsze Cię odpychało, powinieneś zapomnieć o istnieniu Warriors of the North.

Głównym bohaterem opowieści jest niejaki Olaf z rodu Northlingów, mężny i dzielny Wiking, któremu niestraszny żaden demon i nieumarły. To właśnie plaga wskrzeszonych zwłok będzie głównym przedmiotem eksterminacji naszego protagonisty. Fabuła jednak jest zdecydowanie bardziej skomplikowana - niejednokrotnie będziemy świadkami nagłych zwrotów akcji, zdrady przyjaciół i wszędobylskiej śmierci. To wszystko ponownie oprószono nutką baśni, dzięki czemu dane jest nam uczestniczyć w niesamowitej przygodzie.

Tym bardziej, że dialogi czyta się naprawdę z przyjemnością, scenarzyści po raz kolejny pokazali swój kunszt bazując na tak sztampowym pomyśle, jak następny w historii gier atak nieumarłych oddziałów. Oczywiście, wzorem podstawki i dodatków, mamy wpływ na przebieg prowadzonych przez nas rozmów, co cieszy. Nie zabrakło także humoru słownego i sytuacyjnego charakterystycznego dla serii.




TRZY TWARZE OLAFA


Oczywiście rozgrywkę rozpoczynam od wyboru klasy postaci. Tutaj twórcy ponownie sięgnęli po standard zmieniając jedynie nazwy profesji. Tym samym wojownikiem stał się Wiking, dla którego priorytetową sprawą jest potęga oddziału. Szybko rozwija swój atak i obronę oraz skutecznie korzysta z Szału. Skald z kolei zastąpił paladyna, skupia się głównie na dużej liczebności jednostek w armii, efektywnie używa magii leczącej i wskrzeszającej, świetnie radzi sobie w walce z demonami i nieumarłymi. Kompletnym przeciwieństwem powyższych klas jest Wieszcz, czyli wikiński mag parający się wszelkimi rodzajami czarów, którymi sieje prawdziwe spustoszenie. Wszystko to za cenę mniejszych obrażeń zadawanych przez sojusznicze jednostki oraz bardziej zredukowaną ilość stworzeń w armii.


Olaf poszerza swoje umiejętności za pomocą run Potęgi, Ducha i Magii na trzech drzewkach rozwoju. Poszczególne skille przeszły lekki lifting i od tej pory ich masterowanie wiąże się z jeszcze większymi korzyściami, niż chociażby w Legendzie czy też Wojowniczej Księżniczce. Za zdobyte doświadczenie bohater osiąga kolejne poziomy doświadczenia, co skutkuje uzyskaniem określonej ilości run danego typu oraz punktów dowodzenia warunkujących liczebność armii. Współczynniki bazowe i pośrednie pozostały bez zmian, nadal rozwijamy atak, obronę, intelekt, szał i manę. Ich wartość możemy zwiększać głównie poprzez odwiedzanie konkretnych obiektów na mapie, jak i ekwipowanie Olafa rozmaitymi artefaktami. Tych nieco przybyło i można je ulepszać poprzez stoczenie walki z oponentami strzegącymi przedmiotu w innym wymiarze. Powtórka z rozgrywki? Owszem, ale wciąż daje masę radochy.






SZAŁ CIAŁ


W Legend mogliśmy korzystać z pomocy czterech różnych Duchów Szału, w Armored Princess swojej siły użyczał nam sympatyczny smoczek Draco. Wszystkie te postacie były nieocenionymi pomocnikami i niejednokrotnie ratowały nam skórę w czasie walki. Tym razem będzie nam towarzyszyć pięć pięknych Walkirii, które potrafią nie tylko dać porządnego kopa wrogom, ale też zastawiać pułapki oraz obdarować nas dodatkowymi skarbami. Spośród tej półnagiej piątki musimy wybrać jedną, główną Walkirię, która pozwoli na pełne korzystanie z jej bonusu. Rzecz jasna pozostałe panny także nas obdarują określonymi profitami, ale w mniejszym stopniu.

Całkowitą nowością jest magia runiczna. Ma ona swoje osobne miejsce w księdze zaklęć, dzięki niej można zarówno nieco osłabić oponenta zadając obrażenia, ale także nałożyć na niego negatywne statusy bądź nieco wzmocnić własne oddziały. Samych run możemy także używać bezpośrednio na zwerbowane stworzenia, co skutkuje zwiększeniem wartości ataku, obrony, szczęścia itp.

Bestariusz poszerzył się o całkiem nową frakcję. Wikingowie okazują się być naprawdę przydatnymi wojownikami, umiejętne dobranie taktyki i zastosowanie rozlicznych umiejętności specjalnych może przynieść niesamowite efekty. Zwłaszcza na wyższych poziomach trudności, gdzie każda tura musi być przemyślana, jeden błąd może nas kosztować porażkę na polu walki. Tym bardziej, iż obrażenia zadawane przez nas są zredukowane, liczebność armii przeciwnika zwiększona, natomiast sam Olaf leveluje znacznie wolniej.






NOWA BAŚŃ

Graficznie Wojownicy Północy nie wyznaczają nowego standardu dla serii, to wciąż kolorowa i atrakcyjna dla oka otoczka pasująca do klimatu produkcji. Problem leży w tym, ze nasz zmysł wzroku znów jest atakowany przez to samo, niektórzy z pewnością będą czuć się zmęczeni patrzeniem czwarty raz na ten sam styl graficzny. Co prawda w dodatku ujrzymy sporo nowych modeli postaci i otoczenia, ale bardziej wybredni gracze raczej będą kręcić nosem.

Kompletnie nic do zarzucenia nie można mieć wyśmienitej muzyce, którą osobiście uważam za jedną z najpiękniejszych i najlepiej wykonanych soundtracków w historii gier komputerowych. Do puli znanych już nam utworów Lind Erebros dorzucił kolejne, równie fantastyczne kompozycje. Przyznam się szczerze, że zanim rozpocząłem pierwszą sesję z dodatkiem, zawiesiłem się na dobre kilka minut na ekranie tytułowym, by spokojnie odsłuchać main theme. Wielkie brawa za perfekcyjne audio.

Nie zauważyłem w grze jakichś rażących błędów technicznych. To dobrze wykonane rzemiosło, jednak pomimo rozmaitych nowości i smaczków, może wydać się wtórne. Ja bawiłem się przez te około 30 godzin rewelacyjnie, jednak nie ukrywam, że mój zapał powoli gaśnie i jeśli miast pełnoprawnej drugiej części ponownie dostanę w swoje ręce kolejny dodatek, nie będę już tak entuzjastycznie nastawiony. Choć w sumie... kogo ja chcę oszukać?



Plusy
Nowe jednostki i magia runiczna
Walkirie
Wciąga jak diabli
Rewelacyjna ścieżka dźwiękowa
Pomniejsze nowości i dodatki

Minusy
Graficznie bez większych zmian
Od biedy: wtórność



5.12.2012

Recenzja DLC Might & Magic: Heroes VI - Pirates of the Savage Sea, czyli budujemy armię z Crag Hackiem!

Might & Magic: Heroes VI jest dla mnie tytułem szczególnym. Okazuje się, że jest to jedna z nielicznych pozycji, po które ciągle sięgam, gdy najdzie mnie ochota na spędzenie czasu ze znajomymi przy komputerze. Stąd też ucieszyła mnie wiadomość o wydaniu rozszerzenia Pirates of the Savage Sea. Nie wiązałem z nim większych nadziei, co pozwoliło mi uniknąć dotkliwego rozczarowania. Recenzowane DLC nie powala zawartością, jednak fani najnowszej pozycji spod znaku bohaterów mocy i magii powinni się nim zainteresować.


W PotSS będziemy mieli okazję rozegrać zupełnie nową kampanię, w której pierwsze skrzypce gra doskonale znany wielbicielom serii Crag Hack – barbarzyńca trudniący się profesją pirata. Jego postać została wykreowana naprawdę ciekawie i ujmująco, Craga po prostu nie da się nie lubić. Co do samej fabuły kampanii... Cóż, nie jest ona najwyższych lotów. Owszem, potrafi wciągnąć i chce się brnąć w opowieść, jednak brakuje jej pazura, nieoczekiwanych zwrotów akcji i elementu zaskoczenia, który w podstawce był praktycznie normą. Ponadto nowa kampania składa się raptem z dwóch misji, co wystarcza na około osiem godzin rozgrywki. Nie jest źle, ale wciąż pozostaje niedosyt.

Tym bardziej, że niemal wszystkie elementy plansz to recykling obiektów z podstawowej wersji gry. Zaznaczę jednak, że sam design map bardzo przypadł mi do gustu, zarówno pod względem wizualnym (jest na czym zawiesić oko), jak i projektowym. Co więcej, oba scenariusze zostały przerzucone do rozgrywki wieloosobowej, co pozwala na rozegranie tych samych map w trybie multiplayer. W sumie DLC dorzuca od siebie trzy nowe mapy do multi (dwie ogromne i jedną gigantyczną).


Pirates of the Savage Sea udostępnia nam jeszcze kilka pomniejszych, aczkolwiek zacnych elementów zabawy. Pierwszym z nich jest nowa broń rodowa – Miecz Króla Piratów, który możemy rozwijać w trakcie zabawy. Całkowitą nowością są zwierzęta rodowe. Niestety, na razie twórcy pokusili się o wprowadzenie tylko jednego pupila, jakim jest pisklę Ptaka Gromu. Mając zwierzaka za druha otrzymujemy konkretne bonusy – w przypadku ptaszka nasz bohater zadaje obrażenia większe o pięćdziesiąt punktów. Nie ulega wątpliwości, że ta zakładka będzie rozwijana w przyszłości, ale osobiście mam nieodparte wrażenie, że Ubisoft bez żalu będzie z nas doił kasę w przyszłości wprowadzając dodatki z nikłą zawartością...

Nie można zapominać o fakcie, że obcując z PoSS będziemy mieli do czynienia z licznymi zmianami w rozgrywce wprowadzonymi wraz z patchem 1.5. Niemal każde stworzenie zostało zmodyfikowane pod względem posiadanych statystyk i umiejętności, co znacząco poprawiło balans pomiędzy poszczególnym frakcjami. To samo tyczy się czarów i zdolności bohaterów. Bardzo cieszy obecność pełnoprawnych ekranów miast. Stworzono je na modłę starszych odsłon cyklu, co wypadło naprawdę znakomicie. Town screeny prezentują się okazale i bardzo klimatycznie. To wszystko oczywiście dostajemy za darmo wraz z odpowiednią łatką.

Ocena opisywanego DLC nie jest sprawa prostą, bowiem bawiłem się przy nim dobrze i nie uświadczyłem jakichś irytujących błędów. Z drugiej strony zawartość nie jest aż tak satysfakcjonująca, by za tę garstkę nowego contentu gry wydawać aż czterdzieści złotych. Jeśli macie troszkę kasy na zbyciu i nadal pałacie miłością do Might & Magic: Heroes VI – warto się zainteresować tym dodatkiem. Jeśli nie, poczekajcie na obniżki cenowe, które już teraz można upolować.


  • + Około ośmiu godzin dodatkowej zabawy
  • + Crag Hack powraca!
  • + Pomniejsze dodatki
  • - Tylko dwie misje w kampanii
  • - Ogólna zawartość nie powala
  • - Cena

OCENA
4

1.12.2012

Recenzja gry Symulator Oddziału Chirurgicznego 2011, czyli operujemy wyrostek robaczkowy!

Czasami mam wrażenie, że twórcy rozmaitych symulatorów chcą na siłę spełniać dziecięce marzenia graczy. Jedni chcieli być policjantami, drudzy strażakami, jeszcze innym marzyła się kariera operatora wózka widłowego. Ci, którzy jako małe szkraby planowali ratować ludzkie życie i zdrowie odziani w lekarski kitel, mają ku temu okazję grając w Symulator Oddziału Chirurgicznego. Z pewnością już zauważyliście białą trójkę na czerwonym tle, teraz tylko pozostaje mi wyjaśnić, dlaczego nie powinniście sięgać po tę produkcję.



NA DOBRE I NA ZŁE

Cała zabawa w zamyśle ma polegać na przeprowadzaniu rozmaitych zabiegów w celu wyleczenia pacjenta. Wcielamy się w doktora Lubicza, czy też innego wyimaginowanego lekarzynę i zabieramy się za jakże skomplikowane operacje. Gameplay w całości polega na dobieraniu odpowiednich narzędzi oraz klikaniu myszką w wyznaczone pola. Gracz na bieżąco musi monitorować tętno i ciśnienie krwi pacjenta oraz dobierać odpowiednie dawki znieczulenia. To w zasadzie wszystko - rozgrywka jest równie pasjonująca co czekanie w kolejce do lekarza rodzinnego. Co gorsza, przez dłuższy czas parametry pacjenta stoją w miejscu, by niespodziewanie zmienić wartości. Dzięki temu głupie nacięcie na skórze może spowodować nagły zgon, co jest tak frustrujące, że niejednokrotnie miałem ochotę jak najszybciej wyrzucić recenzowaną produkcję z dysku. Bardzo łatwo ponieść porażkę poprzez dwukrotny wybór nieodpowiedniego instrumentu. Wtedy ekran monitora raczy nas znienawidzonym napisem "error", a ordynator informuje, że nie życzy sobie takiej niesubordynacji z naszej strony. Cóż, gdyby władze naszej służby zdrowia natychmiastowo podejmowałyby kroki, kondycja zdrowotna społeczeństwa ewidentnie by się poprawiła.

Tytuł oferuje dwa tryby rozgrywki: operacje oraz grę swobodną. Problem w tym, że nie różnią się one absolutnie niczym. Na domiar złego, żeby móc wykonać konkretny zabieg, należy pomyślnie przejść przez poprzednie zadania. Jak na złość operacja wyrostka robaczkowego została wrzucona jako druga, a jest to chyba najnudniejszy, najbardziej denerwujący i irytujący etap w całej grze. Oprócz tego pozycja oferuje krótki tutorial, lecz w moim mniemaniu jest on kompletnie zbędny, bowiem w każdej misji jesteśmy prowadzeni za rączkę. Każde dobrze wykonane działanie dorzuca nam do licznika punkty, każde złe je odejmuje. System punktacji jest bardziej oczywisty niż niektóre opisy w systemowym słowniku.



DOCTOR WHO

Skoro o słowniku mowa - nie wiem, czy za błędy w nim zawarte jest odpowiedzialne studio, czy też polscy tłumacze, ale encyklopedia miast mnie edukować, zminimalizowała moją wiedzę do koszmarnie niskiego poziomu. Bo cóż można dowiedzieć się ciekawego, jeśli termin cukrzyca wyjaśniony jest jako "medyczna nazwa cukrzycy", natomiast wyrostek robaczkowy to "końcowy odcinek wyrostka robaczkowego"? Rozumiem, że masło jest maślane, a maślanka maślankowa, ale nie cierpię, jeśli ktoś wciska mi taki chłam i bujdy.

Graficznie pozycja trzyma poziom kiszki stolcowej. Wszystko jest kanciaste i nieatrakcyjne dla oka, oprawa straszy i nie daje jakiejkolwiek satysfakcji z patrzenia na nią. Równie źle jest z oprawą dźwiękową - ta jest nudna i do bólu brzucha powtarzalna. Nie pomagają również wszechobecne szpitalne bity w postaci pikania maszynerii do EKG.

W ogólnym rozrachunku nie polecam sięgać po ten tytuł. Z drugiej strony rynek gier komputerowych nie ma absolutnie żadnej sensownej alternatywy dla tej pozycji. Radzę uzbroić się w cierpliwość i po prostu poczekać, aż kiedyś pojawi się gra o tematyce chirurgicznej z prawdziwego zdarzenia. Wiem, ze nieprędko się jej doczekamy, ale lepiej nie obnażać swojej desperacji. Rzekłem i lecę do lekarza. Ostatnio cierpię na koszmarne bóle głowy...

  • + Tematyka
  • + Tylko/aż 8 operacji do wykonania
  • - Nudna i niekiedy frustrująca
  • - Schematyczna
  • - Obrzydliwa grafika
  • - Irytujące audio
  • - Koszmarny słownik
OCENA
3