Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

7.03.2013

Recenzja gry Chaos on Deponia, czyli ratujemy śmietnik!



Deponia okazała się być naprawdę przyzwoitym początkiem trylogii. Ciekawy, choć nieco irytujący główny bohater, intrygujący świat, wciągająca fabuła i otwarte zakończenie – to wszystko sprawiło, że na sequel czekałem z zapartym tchem. Jak wypada Chaos on Deponia? Nieco lepiej, choć wciąż ewidentnie widać, ze twórcy gry ewidentnie chcieli jeszcze bardziej rozbudzić nasz apetyt na wielki finał śmieciowej przygody.

DROGA DO RAJU

W Chaos on Deponia po raz kolejny przyjdzie nam pokierować Rufusem – bezczelnym obibokiem, który uważa wszystkich innych mieszkańców planety za półgłówków. Pragnąc dostać się do Elysium, cudownej krainy pełnej dostatku i wygody, zakochuje się w Goal. Sequel kontynuuje wątki z „jedynki” dorzucając też sporo nowych, świeżych wydarzeń. Trzeba dodać, że fabuła jest tym razem znacznie lepiej poprowadzona i przemyślana. Ponadto w niektórych momentach przyjdzie nam podjąć decyzję, które wątki aktualnie chcemy poprowadzić, co niweluje kompletną liniowość tytułu.

Rufus stanie przed bardzo ważnym zadaniem, jakim jest ocalenie znienawidzonej przez siebie planety – Deponii. Mimo niechęci do tej krainy i jej mieszkańców, bohater ma wewnętrzne poczucie obowiązku, by jednak zapobiec katastrofie. Ten motyw bardzo przypadł mi do gustu, bo nieco prostuje negatywny odbiór postaci. Jest to jednak wyjątek od reguły, Rufus wciąż jest wredny i niekiedy drastyczny w działaniu.




SUCHAR SUCHAREM POGANIA

Dialogi zawarte w grze dalej bawią i przywołują uśmiech na ustach, choć czasami Rufusowi zdarza się wypowiedzieć jakąś nieśmieszną kwestię z cyklu „ale suchar”. Ponadto nie mogę się oprzeć wrażeniu, że twórcy na siłę starają się pokazać Rufusa z tej najgorszej strony, postać ta jest mocno przerysowana, co niejednokrotnie widać w wypowiadanych kwestiach i podjętych działaniach. To wszystko sprawia, że bohater jest jeszcze bardziej antypatyczny, niż był do tej pory. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy po prostu nie lubią prowadzić postaci, które ich mocno irytują.

Lepiej niż w pierwowzorze prezentują się zagadki logiczne. Wspomniana wcześniej namiastka nieliniowości sprawia, że gracz rzadko kiedy utknie w martwym punkcie – jeśli ciągnięcie jednego wątku mu nie idzie, bez problemu może podjąć się kontynuacji innego. Dzięki temu na ekranie cały czas coś się dzieje. Same łamigłówki nie należą do najprostszych, ale wszystkie zachowują swój logiczny zamysł i nawet te najmniej oczywiste rzeczy mają sens.



OPNIA GRACZA – RZECZ ŚWIĘTA

Nie da się ukryć, że Daedalic Entertainment słucha opinii recenzentów i graczy, bowiem kilka aspektów zostało poprawionych w stosunku do poprzedniej odsłony. Cut-scenki są nieco bardziej dynamiczne i lepiej zrealizowane. Pod względem muzycznym producent postarał się o więcej utworów, na szczęście zwiększona ilość nie odbiła się na ich jakości. Ponownie bardzo dobrze prezentuje się oprawa graficzna, kolorowe, ręcznie rysowane plansze 2D cieszą oko. Angielski dubbing wypada jak najbardziej na plus.



Nie obyło się też bez kilku wad. Czasami kulej synchronizacja obrazu z wypowiadanymi przez postacie kwestiami. Rufus nadal nie potrafi przemieszczać się biegiem, co niestety lekko irytuje przy pokonywaniu dłuższych dystansów. Niektóre rozwiązania mogą wydawać się kontrowersyjne (jak można zabić kanarka w tak kolorowej grze?!), z kolei sam Rufus, jak już wspomniałem, jest nieco przerysowany.

Nie zmienia to jednak faktu, iż Chaos on Deponia to wciągająca przygodówka point&click, z która bardzo miło spędziłem czas. Jest nieco lepsza od „jedynki” i skutecznie zaostrza apetyt na ostatnią część trylogii. Fabuła wciąga, gameplay cieszy, grafika i muzyka buduje odpowiedni klimat... Pomimo kilku zgrzytów, naprawdę warto sięgnąć po ten tytuł.

Plusy
 Wciąż bawi
 Ciekawa fabuła
 Poziom trudności
 Oprawa graficzna, lepsze audio
                                                                             
Minusy
 Nadal przerysowany główny bohater
 Drobne błędy i stare bolączki

Grę do recenzji dostarczył producent, Daedalic Entertainment


28.02.2013

Recenzja gry Deponia, czyli brodzimy w śmieciach!


Popełniłem ogromny błąd zasiadając do Deponii zaraz po ukończeniu dwóch części The Book of Unwritten Tales. Oba tytuły reprezentują gatunek przygodówek point&click z akcentami humorystycznymi. Choć Deponia przegrywa starcie z dziełem KING Art Games, to jednak nie można odmówić jej tytułu naprawdę solidnej produkcji, przy której nie sposób bawić się źle.




ŚMIETNIK, ISTNY ŚMIETNIK...

Tytułowa Deponia jest planetą pełną śmieci. Jej mieszkańcy dryfują w odmętach złomu, niepotrzebnych rupieci i brudu, na dodatek życia nie ułatwiają im niejacy Organoni, którzy bezwzględnie terroryzują obywateli krainy syfem i brudem płynącej. Rufus, główny bohater opowieści, ma dosyć aktualnego życia i postanawia wyrwać się z Deponii, by osiąść w Elizjum – miejscu pełnym dostatku i pięknych krajobrazów. Niestety, każdy jego plan kończy się niepowodzeniem oraz, mniejszymi bądź większymi, problemami zdrowotnymi.

Rufus jest postacią dość oryginalną i warto poświęcić mu kilka słów. Mieszkańcy Deponii, delikatnie mówiąc, nie przepadają za nim. Ten fakt nie dziwi, bowiem bohater jest wredny, egoistyczny, niechlujny, na dodatek śmierdzi od niego lenistwem na kilometr. Mimo swoich wad, nadal uważa się za lepszego od reszty i traktuje innych jak skończonych głupców. Los się w końcu uśmiecha do Rufusa, gdy na swojej drodze spotyka Goal – piękną dziewczynę z klasą, która zwróciła w głowie bohaterowi. Na dodatek pochodzi z Elizjum – to idealna okazja, aby wyrwać się ze śmietniska! Ale czy na pewno?



Postać Rufusa jest przyczyną wielu przezabawnych, komicznych scen, dzięki którym gracz niejednokrotnie się uśmiechnie. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że twórcy w pewnych momentach nieco się zagalopowali. Prowadząc takiego antypatycznego bohatera, czasem potrafił mnie zirytować swoim zachowaniem, żeby nie powiedzieć – wzbudził moją niechęć do siebie. Sam wątek uczuciowy, jaki pojawia się w recenzowanej produkcji, jest dość miałki, Rufus niby coś czuje do Goal, ale nie potrafi zdefiniować tego uczucia. Inne postacie biorące udział w wydarzeniach także zasługują na uwagę, a to za sprawą świetnych dialogów. Każdy tutaj ma coś ciekawego do powiedzenia. Nieco rozczarowuje zakończenie, uznałbym je za minus gdyby nie fakt, że Deponia planowana jest jako trylogia, więc siłą rzeczy przyjdzie nam poznać dalszy ciąg opowieści.



KLASYCZNY EGOIZM

Twórcy nie silili się na nowatorskie rozwiązania, Deponia to klasyczna przygodówka point&click, w której główną rolę odgrywają rozmaite zagadki logiczne. Ich poziom trudności jest dość nierówny, czasami trafią się zagwozdki banalne, inne będą wymagać od nas większego wytężenia szarych komórek. Oprócz tradycyjnych rozwiązań, mamy tutaj także kilka minigier, lecz mają one charakter nieobligatoryjny i bez konsekwencji możemy je pominąć. To w zasadzie tyle w kwestii gameplayu, jak na porządną przygodówkę przystało – trzeba myśleć.

Graficznie tytuł prezentuje się ładnie, mamy tu do czynienia z ręcznie rysowanymi tłami i postaciami. Oprawa znacząco wpływa na klimat produkcji, wszystkie lokacje są szczegółowe, detale cieszą oczy, a kreskówkowy charakter całości daje nam do zrozumienia, że twórcy podeszli do swojego dzieła z dystansem i humorem. Soundtrack stoi na wysokim poziomie, lecz utworów nieco mało, ich ciągłe zapętlanie może w końcu wywołać uczucie znużenia .

W ogólnym rozrachunku Deponia to kawał solidnej przygodówki, którą z czystym sumieniem mogę polecić. Jeśli macie dość przesłodzonych bohaterów i postaci pełnych zalet, antypatyczny Rufus z pewnością wzbudzi waszą sympatię.  

Plusy
 Humor i interesujące postacie
 Ciekawa fabuła
 Poziom trudności
 Oprawa graficzna 
                                                                             
Minusy
 Przerysowany główny bohater
 Mało utworów muzycznych

Grę do recenzji dostarczyła producent, Daedalic Entertainment


23.02.2013

Recenzja gry Primal Fears, czyli walczymy z mutantami!


Zazwyczaj przychodzi mi chwalić produkcje niezależne za ciekawe pomysły lub sprawne wykorzystanie już istniejących, intrygującą oprawę graficzną, wciągający gameplay, niezłą ścieżkę dźwiękową... Niestety, w przypadku Primal Fears ciężko mi będzie silić się na dobre słowo. Dzieło niemieckiego studia DnS Development zawodzi na wielu płaszczyznach.

NA OWADY NIE MA RADY

Rzecz dzieje się po katastrofie ekologicznej, kiedy to nastąpił wyciek bardzo niebezpiecznych chemikaliów. Świat został wywrócony do góry nogami, ludzie zaczęli mutować, owady urosły do niebotycznych rozmiarów i zaczęły rozmnażać się w zastraszająco szybkim tempie. Brzmi banalnie? W istocie, taka właśnie jest opowieść zawarta w Primal Fears. Jej kolejne szczegóły poznajemy dzięki rozrzuconym po planszach kawałkach gazet z artykułami. Fabularna sztampa skutecznie zniechęca do śledzenia historii.

Całość rozgrywa się na siedmiu poziomach. Standardowo, aby rozpocząć kolejny, uprzednio musimy przejść poprzednie plansze. Mamy tutaj między innymi szpital, komendę policji i przedmieścia. Każdy level został odpowiednio zaprojektowany – zdewastowana okolica, płonące samochody, zaśmiecone ulice... Scenerie rodem z najgorszych koszmarów całkiem nieźle oddają klimat produkcji.


STRZELIĆ SAMOBÓJA...

Nasze poczynania obserwujemy z rzutu izomerycznego. Gameplay opiera się na strzelaniu, ulepszaniu broni i szukaniu kolejnych stron gazet z zarysowaną fabułą. Samo eksterminowanie potworów nie daje większej frajdy, a to za sprawą kilku irytujących rozwiązań. Po pierwsze – poziom trudności, nawet na easy, jest mocno przesadzony, przez co już w pierwszym etapie gracz nie nadąża nad napływającymi falami wrogów i szybko kończy mu się amunicja. A to oznacza pewny zgon. Po drugie – pewne przedmioty można przesuwać. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że oponenci także mogą je przemieścić (i to nie z premedytacją...), co gorsza, stwór który szarżuje na nas pchając zwykły karton, nie otrzymuje obrażeń od naszych pocisków, gdyż broń nie penetruje przeszkód. Ponadto fizyka w recenzowanej produkcji jest koszmarna!

Bronie możemy zakupić oraz ulepszyć w specjalnym kiosku. Problem w tym, że nawet maksymalnie ulepszona pukawka nie daje nam zbytniej przewagi w starciu z przeciwnikami. Niby zwiększamy obrażenia i pojemność magazynka, ale działanie upgrade'ów jest zbyt symboliczne i naprawdę ciężko uznać wymaksowaną broń za naprawdę skuteczną. Samych pukawek jest sporo rodzajów – od karabinów i shotgunów, po wyrzutnie rakiet i miotacze płomieni.

Interakcja z przedmiotami jest znikoma. Od czasu do czasu zdarzy nam się podnieść gazetę, tudzież apteczkę lub pieniądze. Wszystko opiera się a tym, by przeć do przodu i zabijać kolejne maszkary. Nie oczekuję głębi od tego typu produkcji, ale poszczególne aspekty są tak źle zrealizowane, że po prostu odechciewa się grać, nawet na najłatwiejszym poziomie trudności.



ŚWIŃSKI INTERES

Grafika, jak na produkcję niezależną, jest przyzwoita, lecz z pewnością nie zachwyca. Rzadko zdarza mi się narzekać na odgłosy środowiska, ale w przypadku Primal Fears muszę zrobić wyjątek. O ile wybuchające beczki i wystrzały brzmią w porządku, to już dźwięki wydawane przez oponentów są co najmniej dziwne. Nie wiem, czym twórcy kierowali się przy ich doborze, ale skrzydlaty stwór kwiczący jak zarzynana świnia to dość kiepskie zestawienie. Ponadto zdarzają się wpadki – na przykład podczas śmierci męskiej postaci słychać jęk jego damskiej odpowiedniczki.

Ogólnie rzecz biorąc nie polecam Primal Fears, to pieniądze wyrzucone w błoto. Owszem, jeśli lubujesz się w grach, których poziom trudności polega na niedostatku amunicji przy jednoczesnej nadwyżce wrogów, ten tytuł może cię zadowolić. Resztę graczy z pewnością jedynie sfrustruje. Nieciekawa fabuła, żenująca fizyka i wpadki natury technicznej skutecznie zniechęcają do gry. Naprawdę szkoda.   

Plusy
 Klimat
 Od biedy można pograć...
 Minusy
 Kiepska fabuła
 Poziom trudności
 Wpadki natury technicznej
 Żenująca fizyka


Grę do recenzji dostarczył producent -  DnS Development

7.02.2013

Recenzja gry Capsized, czyli wariacje w kosmosie!


Ogromnym plusem gier niezależnych jest element zaskoczenia. Jeszcze do niedawna nikt się po nich nie spodziewał niesamowitych pomysłów, eksperymentalnych mechanizmów rozgrywki i nieskończonych pokładów grywalności. Szybko jednak okazuje się, że apetyt gracza wciąż rośnie, a w parze z nim – wymagania względem produkcji indie. Stąd też Capsized jest dla mnie tytułem zaledwie dobrym. Ale po kolei…


Fabularne odmęty


Fabuła Capsized jest dość miałka, sztampowa i nieciekawie przedstawiona. Na intro składa się kilka statycznych plansz, które w połączeniu ze sobą starają się imitować komiks. Z obrazków dowiadujemy się, że rakieta kosmonautów zostaje uszkodzona, ci z kolei rozpaczliwie ewakuują się do mniejszych pojazdów, które awaryjnie lądują na nieznanej nikomu planecie. I to w zasadzie wszystko, jeśli chodzi o wprowadzenie. Śmiało można powiedzieć, że opowieść jest słabym elementem tej pozycji. Na szczęście inne aspekty są naprawdę nieźle dopracowane.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to rewelacyjna (powtarzam: rewelacyjna!) oprawa graficzna. Plansze, po których przyjdzie się nam poruszać są pieczołowicie dopracowane z dbałością o detale. Poszczególne elementy tła potrafią zrobić wrażenie i bez żalu można im się przyglądać stojąc praktycznie bezczynnie (oczywiście, jeśli sytuacja w grze na to pozwala). Na uznanie zasługuje design poziomów. Levele wypełnione są ukrytymi przejściami i skrytkami, a dostanie się do nich czasami wymaga ruszenia głową. Często musimy utorować sobie drogę do konkretnego obiektu. Pozwala na to dość wysoka niszczalność otoczenia oraz możliwość wpływania na położenie niektórych elementów krajobrazu. Takie rozwiązania wprowadzają lekki powiew świeżości w gatunku platformówek, gdzie ciągle gnamy w prawo. Jedynymi minusikiem map jest ich wielkość – zdecydowanie nie należą do zbyt obszernych, jednak fakt, że zostały one wykonane ręcznie szybko rekompensuje wszelkie negatywne wrażenia.



Wbrew grawitacji

Poruszanie się naszym kosmonautą jest dość specyficzne ze względu na zmniejszone oddziaływanie grawitacji na bohatera. Dzięki temu wystarczy najzwyklejszy krok ku górze, aby ten oderwał się od podłoża. Co ciekawe, twórcy nie wprowadzili do rozgrywki opcji tradycyjnego skoku, co może wydawać się dziwne w tego typu produkcjach. Miast niej wyposażyli postać w specjalny hak z liną pozwalający na dotarcie do trudno dostępnych miejsc. Owe urządzenie jest niezastąpione niemal w każdej sytuacji – dzięki niemu nie tylko wspinamy się na wyższe poziomy, ale też jesteśmy w stanie przemieścić konkretny obiekt zagradzający nam drogę lub też zabrać go ze sobą. Na linie bez problemu możemy się także rozbujać, co w połączeniu z mniejszą siłą grawitacji jeszcze bardziej ułatwia przemieszczanie się. Nie jest jednak tak prosto, jakby mogło się wydawać, bowiem przejścia często są bardzo wąskie i musimy wykazać się niemałą precyzją, aby osiągnąć swój cel. Przydatnym ustrojstwem jest także odrzutowy plecak dający nam szansę dostania się na wyższe partie planszy, jednakże wymaga on paliwa, a sterowanie nim nie należy do najbardziej intuicyjnych.


Planeta, na której wylądowaliśmy roi się od niebezpieczeństw w postaci różnych gatunków obcych. Ci są naprawdę sporym wyzwaniem, gdyż ich zawziętość potrafi dać się we znaki. Uciec przed nimi praktycznie się nie da – musimy zakasać rękawy i ubić wszystkie poczwary, jakie spotkamy na swojej drodze. Oponenci są dość zróżnicowani, mamy tutaj plujące trucizną owadopodobne stworzenia, piekielnie szybkie pająki, kosmitów i szkielety kotów niewahające się nas ugryźć. Do tego dochodzą rozmaite pułapki pokroju eksplodujących przedstawicieli lokalnej fauny oraz bossowie, których ubicie wymaga niezłej gimnastyki. Na szczęście do naszej dyspozycji oddany został spory arsenał broni. Co prawda każdą planszę rozpoczynamy z jedną pukawką w ekwipunku, jednak po mapie są rozłożone inne przedmioty masowej eksterminacji różniące się siłą ognia i rażenia. Trzeba też umiejętnie dobierać broń względem przeciwników – puszczanie wiązek lasera w kierunku arcyzwinnych pajęczaków mija się z celem. Poziom trudności jest spory ze względu na dopracowane AI. Wrogowie nie mają w zwyczaju pudłować ani ignorować kosmonauty i nie spoczną, póki go nie dopadną. Na szczęście mamy prawo kilka razy zginąć bez konieczności powtarzania całego levela od nowa, dzięki czemu nie towarzyszy nam uczucie frustracji w przypadku niepowodzenia.



Fajna sprawa


Capsized nie jest grą bezbłędną, jednak drobne mankamenty techniczne absolutnie nie wpływają na przyjemność z gry. To produkcja naprawdę klimatyczna, w pewnych aspektach oryginalna, dopracowana graficznie i muzycznie oraz, co najważniejsze, grywalna. Świadczy o tym fakt, że gracz ma ochotę nie tylko rozegrać kolejne plansze, ale ponownie przejść już znane, by śrubować wyniki i odblokować kolejne osiągnięcia. Nie jest to jednak jedna z tych produkcji, do których chciałoby się wracać po tygodniach intensywnego grania. Mimo to jak najbardziej polecam.


Plusy
 Świetna oprawa graficzna
 Potrafi wciągnąć
 Poziom trudności i ciekawe rozwiązania
                                                                             
Minusy
 Bardzo krótka
 Kiepska fabuła
 Drobne bugi


21.01.2013

Recenzja gry Dead Pixels, czyli likwidujemy pikselowe zombiaki!


Twórcy niezależni mają tę przewagę nad wielkim studiami, że nad ich głowami nie stoją wydawcy wywierający naciski i kształtujący obraz produktu końcowego. Gry indie przybierają dokładnie taką postać, jaką umyślą sobie ich autorzy. W tym właśnie tkwi ich siła – mimo niewielkich środków i małej ekipy, potrafią stworzyć pozycję grywalną, atrakcyjną i niedrogą. Jak jest w przypadku Dead Pixels? Na te pytanie odpowie Wam poniższa recenzja.

NIEUMARŁYCH ŻYCIA STYL

Gra jest przedstawicielem oldschoolowego spojrzenia na gry akcji z domieszką gatunku RPG. Naszym celem jest głównie eksterminacja zmutowanych zombiaków wszelkiej maści, przy czym postać obserwujemy z boku. CSR Studios przygotowało dla graczy trzy różnorodne pod względem merytorycznym tryby rozgrywki, choć gameplay sprowadza się raczej do tego samego. Ale po kolei.

Pierwszym modułem jest Original Mode, czyli coś na wzór kampanii. Rzecz dzieje się w Ameryce, w 1983 roku z jednej z fabryk wyciekły toksyczne odpady, które zatruły zbiorniki wodne. Ten tragiczny incydent miał fatalne następstwa – zmarli zaczęli wstawać z grobów przy okazji mutując. Ich siła okazała się być tak duża, ze wysłana armia była zmuszona zarządzić odwrót nie mogąc sobie poradzić z naporem kolejnych fal nieumarłych. Na miasto została nałożona kwarantanna, my wcielamy się w jednego z ocalałych, którego zadaniem jest wydostać się z siedliska zła. W zależności od wybranego wcześniej poziomu trudności, przyjdzie nam pokonać określoną ilość plansz (ulic), by osiągnąć cel.



Na każdej mapie mijamy rozmaite budynki, gdzie znajdziemy cenny ekwipunek. Mogą to być bronie, naboje, granaty, apteczki lub towary typu pożywienie czy zwykłe przedmioty. W miejscach oznaczonych zielonymi strzałkami natrafiamy na handlarzy, u których możemy kupić asortyment, sprzedać go lub też dokonać transakcji, dzięki jakiej zwiększymy swoje parametry: zdrowie, siłę obrażeń od broni, szczęście, udźwig itp. Do tych wszystkich zabiegów niezbędne są pieniądze pozyskiwane ze sprzedaży znajdziek, pokonanych wrogów i licznych bonusów.

APOKALIPSA, ODCINEK XXX...

Drugi tryb polega na wykonaniu specjalnej misji – zostajemy wysłani do elektrowni, aby uruchomić system namierzający. Rozgrywka różni się jedynie tym, że po osiągnięciu celu musimy dodatkowo pofatygować się do punktu ewakuacyjnego, gdyż misja niespodziewanie się komplikuje. Nie mamy także dostępu do zwykłych sklepów, miast tego dano nam możliwość zamówienia towarów przez radio i odbioru ich na kolejnych planszach.

Ostatni moduł, zwany Last Stand, zawiera dwa pomniejsze tryby: w Time Attack musimy pokonać sześć coraz to silniejszych fal zombie w jak najkrótszym czasie. Z kolei w Survival, jak sama nazwa wskazuje, naszym zadaniem jest przetrwać jak najwięcej nawałnic potworów. Po skończeniu sesji wyniki są sumowane i porównywane z osiągnięciami graczy z całego świata. Koniecznie trzeba zaznaczyć, że wszystkie tryby gry można przechodzić zarówno samodzielnie, jak i w lokalnej kooperacji.



W RÓŻNORODNOŚCI SIŁA

Czym byłaby efektowna apokalipsa zombie bez odpowiednich pukawek? CSR Studios nie zawiodło i w tym segmencie oddając nam masę sprzętu podzielonego na kilka grup – strzelby, snajperki, karabiny maszynowe, bronie energetyczne, miotacze płomieni, kilka typów granatów... Naprawdę jest w czym wybierać, z pewnością każdy znajdzie tu coś dla siebie. Równie dobrze ma się sprawa z różnorodnością oponentów. Na swojej drodze spotkamy zarówno klasyczne, niezbyt rozgarnięte zombiaki, jak i kreatury poruszające się z zawrotną prędkością, nieumarłych plujących kwasem lub krwią, porośniętych mackami nieboszczyków czy też ich płonące, wytrzymałe wersje. Rzecz jasna oponentów jest zdecydowanie więcej i prezentują wyrównany poziom.

Graficznie, jak sama nazwa wskazuje, tytuł składa się z wyraźnych, kolorowych pikseli. Wielbiciele jakości HD i wieloklatkowych animacji raczej nie zostaną usatysfakcjonowani. Oczywiście, oprawa wizualna ma swój specyficzny urok staroszkolnej rozgrywki. Świetnie prezentuje się ścieżka audio; ośmiobitowe utwory mieszają się z gitarowymi riffami dając naprawdę interesujący efekt. Dźwięki otoczenia i odgłosy wystrzałów jak najbardziej wpisują się w klimat całości.

Dead Pixels to produkcja gwarantująca sporo dobrej zabawy za rozsądną cenę. Proste rozwiązania, możliwość gry ze znajomymi w kooperacji, słodki posmak retro, duże pokłady grywalności – to bez wątpienia największe zalety recenzowanej pozycji. Jeśli chcecie odpocząć nieco od graficznych fajerwerków i wymagających mechanizmów rozgrywki, Dead Pixels jest zdecydowanie dobrym wyborem.

Plusy
 Prosta, lecz nie prostacka
 Wciąga
 Niezłe audio, tryb kooperacji
 Atrakcyjna cena (ok. 12 PLN)
                                                                             
Minusy
 Wtórna i kiepsko poprowadzona fabuła
 Brak innowacji


Produkt do recenzji dostarczył producent - CSR Studios