Ads 468x60px

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X360. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X360. Pokaż wszystkie posty

31.10.2012

Recenzja gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów - Edycja rozszerzona, czyli przygód Geralta ciąg dalszy!

Ubiegły rok był bardzo pomyślny dla polskiej branży gier, wiele bardzo dobrych produkcji z rodzimych stajni poszło w świat i świetnie poradziło sobie na niełatwym rynku elektronicznej rozgrywki. Nie da się jednak ukryć, że pomimo sukcesu takich pozycji jak Dead Island czy też Anomaly: Warzone Earth, wszystkie oczy skierowane były na drugą odsłonę przygód Geralta z Rivii. Fakt ten nie dziwi, bowiem marka Wiedźmin to nasz branżowy znak rozpoznawczy za granicą. Studio CD Projekt RED zadowolone z bardzo ciepłego przyjęcia ich dziecka przez posiadaczy komputerów osobistych szybko postanowiło poszerzyć platformowe horyzonty i niedawno ukazał się Wiedźmin 2 przeznaczony na konsolę Xbox 360. Czy było to dobre posunięcie?



WIEDŹMIN W PUDLE X

Już na wstępie mogę pokusić się o stwierdzenie, że bezapelacyjnie tak. Zabójcy Królów na platformę Microsoftu to ten sam wspaniały produkt, z jakim mieliśmy do czynienia prawie rok temu przy premierze wersji pecetowej, okraszony sporą dawką całkiem nowej zawartości i bogatym wydaniem, wcześniej niespotykanym przy grach konsolowych. Co ważne, całość kosztuje śmieszne pieniądze, co jeszcze bardziej wypada na plus - osoby odpowiedzialne za marketing zasługują na uznanie i zaryzykuję stwierdzenie, iż być może konsolowcy doczekają się w końcu małej rewolucji cenowej i wydań pełnych smaczków w postaci pełnoprawnych poradników i map.

Nic nie zmieni faktu, że recenzowana produkcja to wciąż Wiedźmin 2, jakiego od początku pokochaliśmy. Dojrzała, wielowątkowa fabuła, genialne napisane dialogi, wybory moralne, których konsekwencje odczuwamy dopiero po dłuższym obcowaniu z grą, piękna grafika i muzyka oraz najlepszy polski dubbing w historii plus wiele poprawek, usprawnień i konwersja na wysokim poziomie... Wymieniać można długo, jednak warto skupić się na tym, co nowego przynosi nam Edycja Rozszerzona.

GERALT POSZERZA HORYZONTY

W recenzji wersji pecetowej dość mocno rozczarował mnie Akt trzeci, krótki i odstający jakością od poprzednich. ER znacznie wydłuża jego trwanie o kilka godzin, przygoda została wzbogacona o nowe questy i wątki poboczne. Zaznaczam jednak, że na ostateczny kształt fabularnych zmian w ostatnim epizodzie wpływają nasze wcześniejsze decyzje - to kolejny powód, dla którego warto spędzić z Geraltem, Triss i Zoltanem więcej czasu, niż kilka wieczorów. Jednokrotne zaliczenie polskiego tytułu nie pozwoli nam dostrzec różnorodności ścieżek opowieści.

Jak produkt prezentuje się pod względem mechaniki? Nie da się ukryć, że sterowanie nawet na PC aż prosiło się o podpięcie pada. Na Xboksie gra się niezwykle wygodnie, zręcznościowy model rozgrywki idealnie pasuje do kontrolera maszynki Microsoftu. Oczywiście, do obłożenia przycisków trzeba się najzwyczajniej w świecie przyzwyczaić, lecz już po jednej sesji gracz jest w stanie wszystko opanować bez zbędnych frustracji. Ponadto mamy możliwość całkowitego skupienia ataku na konkretnym przeciwniku, co jeszcze bardziej ułatwia sprawę. Wciąż jednak potyczki nie są jedynie bezmyślną młócką i sieczką - konieczna jest taktyka i umiejętne uniki. Walka z kilkoma wrogami jednocześnie wymusza odpowiednie wyważenie ofensywy i defensywy przy jednoczesnym stosowaniu znaków i petard oraz sprowadzania oponentów w zastawione pułapki. Poziom trudności nie zmienił się zbytnio, o ile na najniższym walka nie sprawia większych problemów, to już na "normalu" nie ma mowy o jakiejkolwiek formie pasywności.




POŁATANY GERALT

Edycja Rozszerzona Zabójców Królów wita nas pierwszorzędnie wykonanym intro i żegna równie świetnym outro. Tego zabrakło w pierwszej wersji gry, stąd też należą się pochwały. Co więcej, podczas rozgrywki ujrzymy kilka zupełnie nowych przerywników filmowych, jakich wcześniej nie mieliśmy szansy zobaczyć. Poza tym dodano walki na arenach, delikatnie poprawiono balans poziomu trudności, usunięto pomniejsze bugi w questach, wprowadzono skrzynie na rozmaite rupiecie i wiele, wiele więcej poprawek i usprawnień. Wszystko to konsolowcy otrzymują z miejsca, posiadacze blaszaków albo muszą kupić ER, albo też ściągnąć kolosalnego patcha (10GB!), dorzucającego do podstawki wszystkie nowości. Wszystko to za darmo i bez ukrytych opłat, za co powinniśmy dziękować RED-om na kolanach. W dobie drobnych i drogich DLC taki zabieg to prawdziwy skarb i daje nadzieję, że twórcy w przyszłości będą szanować klienta tak samo, jak nasi rodacy.

Przyznam się szczerze, iż nieco obawiałem się o optymalizację xboksowego Wiedźmina. Szybko okazało się, że niesłusznie - wszystko śmiga bez większych zgrzytów, okazjonalne spadki płynności są w zasadzie niezauważalne i absolutnie nie przeszkadzają w zabawie. Doczytywanie lokacji trwa raptem kilka sekund, co nie burzy ciągłości rozgrywki i to nawet bez zainstalowanej gry na konsoli! Pozycja z miejsca doczytuje elementy otoczenia i w ogóle nie odczuwa się spowolnień wynikających z tego tytułu, czego nie można było powiedzieć o edycji na komputery osobiste.

Oprawa graficzna recenzowanej produkcji stoi na naprawdę wysokim poziomie. Oczywiście, o szczegółowości pecetowego ultra nie ma mowy, jednakże oprawa wciąż cieszy oko. Odnosząc się do ustawień PC, określiłbym ją na średnim poziomie, co jest, jak dla mnie, wynikiem nader satysfakcjonującym. Można kręcić nosem na tekstury w niższej rozdzielczości i miejscami dość niefortunne cieniowanie, ale wierzcie mi, naprawdę nie ma powodów do zbytnich narzekań. Co prawda, Xbox 360 może pochwalić się ładniejszymi produkcjami, jednak Wiedźmin nie pozostaje w tej materii daleko w tyle.



PIEŚŃ BIAŁEGO WILKA

Oprawa dźwiękowa wciąż stoi na bardzo wysokim poziomie. Poszczególne utwory nadają całości niepowtarzalnego klimatu i są doskonale dobrane pod wydarzenia mające miejsce na ekranie. Łopot skrzydeł odlatujących ptaków, szczęk mieczy, szelest roślinności i odgłosy rozmaitych maszkar - profesjonalne udźwiękowienie sprawia, że w tytuł gracz wsiąka i nie chce z niego wyjść. Do tego należy koniecznie wspomnieć o fenomenalnym dubbingu, głosy postaci dobrano doskonale, a aktorzy perfekcyjnie wczuli się w powierzone im role. Wiedźmin 2 jeszcze długo będzie wyznacznikiem tego, jak powinna prezentować się pełna polska wersja językowa.

Nie wszystkie błędy zostały poprawione, lecz są to raczej kosmetyczne drobnostki. Czasami gra doczytywała tekstury na moich oczach (choć po zainstalowaniu gry na konsoli zdarzało się to dużo rzadziej). Minimapa nie ma głównego znacznika, przez co jej przydatność jest wątpliwa, a nadto niekiedy miałem problemy z interakcją ze środowiskiem. Niektóre skrzynie wymagają większej gimnastyki z Geraltem, aby ustawić go w odpowiedniej pozycji i otworzyć pudła. Osobiście uważam to za pierdółki niezbyt wpływające na ocenę końcową.

W ogólnym rozrachunku Wiedźmin 2 na Xboksa 360 to operacja udana. Choć tytułowi brakuje kilku szlifów, to i tak jest to jedna z najlepszych gier RPG (jeśli nawet nie najlepsza) przeznaczona na platformę giganta z Redmond. Przygody Geralta cieszą, absorbują i zaskakują. To gra na wiele wieczorów i bezsennych nocy, których nie żałuję. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Zabójcami Królów, zróbcie to koniecznie. Gratulacje dla CD Projekt RED, bowiem dzięki swojemu zaangażowaniu mają szansę wpłynąć na kształt rynku elektronicznej rozgrywki. Nie tylko ze względu na cenę, jakość i zawartość produktu, ale też podejście do gracza. A to jest przecież najważniejsze.

  • + Rewelacyjna fabuła
  • + Wybory moralne i questy poboczne
  • + Genialne dialogi
  • + Fenomenalny dubbing i świetne audio
  • + Dobra grafika
  • + Poprawki i bonusy
  • - Doczytywanie tekstur
  • - Nie wszystko udało się poprawić
OCENA
9.5

24.10.2012

Recenzja gry Amy, czyli prowadzimy dziewczynkę za rączkę!

Amy... Ta dziewczynka będzie kradła moje sny, wyniszczy psychikę doszczętnie, zamorduje wszelkie szare komórki i w końcu postradam zmysły. Nienawidzę jej. Ona jest koszmarem! Prawdziwym, powracającym jak bumerang koszmarem! Spędziłem z nią raptem jedną noc i z bólem przyznaję, że była to moja najgorsza randka w życiu. Co gorsza, nie była ona przymusowa. Dlaczego więc postanowiłem się na nią udać? Mogłem przecież rzucić wszystko, uciec jak najdalej, a jednak poświęciłem swój czas, nerwy i nieprzespaną noc, aby przestrzec Was przed tą małą, niepozorną dziewczynką o imieniu Amy, którą można kupić na Xbox Live i PlayStation Network. Tak, ta dziewczynka jest na sprzedaż i ma tyle kopii, iż boję się, że świat czeka zagłada. Strzeżcie się...

NIENAWIDZĘ AMY

Produkcja o nazwie Amy miała być w zamierzeniu twórców survival horrorem. Jak to zazwyczaj bywa – gra nie przeraża, frustruje i powoduje nieoczekiwane ataki agresji, białej gorączki i drgawek. Recenzja, którą macie przed oczami, będzie wylaniem żalu i nostalgii, bowiem pomysł na rozgrywkę jest zaskakująco fascynujący, z kolei jego wykonanie w każdym aspekcie zostało położone z taką dbałością o szczegóły, że nie sposób dopatrywać się tu najdrobniejszych plusów. Po prostu się nie da...



Tytułowa bohaterka jest cierpiącą na autyzm dziewczynką przebywającą w dziwnym, owianym tajemnicami ośrodku. W końcu pojawia się wybawicielka o imieniu Lana, która porywa dzieciaka z niepokojącego miejsca. Obie wsiadają do pociągu, by schronić się w mieście Silver City, jednakże pechowe zrządzenie losu sprawia, że ich środek transportu wykoleja się z powodu nagłej eksplozji. W tym momencie następuje koniec sielanki i rozpoczyna walka o przetrwanie na... dworcu kolejowym. Całość została przedstawiona w niespotykanie obrzydliwy sposób. Rozumiem, że Amy cierpi na autyzm i jej wyraz twarzy nie musi wyglądać pierwszorzędnie, ale Lana to zdrowa (chyba...) na ciele i umyśle kobieta. Tymczasem jej mimika wskazuje na to, że jest albo chora psychicznie, albo ma „te dni”. Istnieje też prawdopodobieństwo, że osoby odpowiedzialne za animacje to skrajne beztalencia. Ach, to bardzo prawdopodobne.

NAPRAWDĘ JEJ NIE CIERPIĘ!

Ludzie odpowiadający za scenariusz z pewnością są fanami kiepskiego kina klasy B, które w zamyśle ma przerażać, a w rzeczywistości śmieszy. Mamy tu różne maszkary w postaci mutantów i zombie, jakichś fanatyków dziwnego kultu, no i oczywiście danie główne – Amy, biedną, autystyczną dziewczynkę, która sprawia wrażenie totalnie nieogarniętej, choć obdarzonej niesamowitymi zdolnościami, jakich pospolity ludzki umysł nie jest w stanie pojąć. Sam rozwój fabuły jest mocno szczątkowy, bzdurny i pasjonujący równie mocno, co oglądanie wszystkich sezonów Mody na Sukces wraz z powtórkami i powtórkami powtórek.




Wbrew pozorom nie będziemy animować Amy, lecz jej wybawicielkę. Zadaniem Lany jest chronienie dziewczynki na wszelkie możliwe sposoby (a tych jest naprawdę niewiele). Środowisko gry jest skażone, stąd też niezbędna jest swoista symbioza dwóch bohaterek – dziecko posiada leczące moce, które zapobiegają mutacji opiekunki w bezmózgą poczwarę. Chwila, chwila... To przecież brzmi nieźle, prawda? Zaiste, brzmi wyśmienicie. Problem polega na tym, że cała mechanika została wykonana w sposób fatalny, beznadziejny i makabrycznie nieintuicyjny.

Kanonadę narzekań zacznijmy od żałośnie zrealizowanej walki. Wierzcie mi, ciężko jest powalić przeciwnika, przez którego przenika broń nie czyniąc mu absolutnie żadnych szkód. Jeszcze gorzej się dzieje, gdy my otrzymujemy wydumane obrażenia, gdy tymczasem oponent ewidentnie nas nie trafił. To chyba pierwsza gra, w której przeciwnicy tak bezczelnie czitują, jak Matkę kocham! Metalowa rura Lany służąca jej jako podstawowy oręż pojawia się nagle znikąd podczas walki i równie szybko się rozsypuje. Prawdopodobnie zombiaki i reszta tej obleśnej menażerii ma czerepy ze stali. Żeby metal rozpływał się po kilku trafieniach? Niech to szlag, nienawidzę cziterów!



AMY TO %*^#@^*&

Kolejną bolączką jest najgorzej zrealizowane sterowanie na świecie. Jeszcze w żadnej grze nie byłem zmuszony wciskania kilku przycisków naraz przy jednoczesnej pracy analogiem. Sprawę pogarsza fakt, że odłączenie się od Amy może przynieść bardzo nieprzyjemne konsekwencje, dlatego wypadałoby biec wraz z dziewczynką. Tutaj – NIESPODZIANKA! - trzeba dodatkowo użyć kolejnego guzika. Komuś ewidentnie zależało, by pokomplikować życie graczom jak najbardziej się da. Udało się w stu procentach, gratulacje!

W atmosferze zaszczucia i niepokoju każdy z nas miałby ochotę wyrwać się z takiego ponurego miejsca, jakim jest zrujnowany dworzec. Lana i Amy są bardziej ambitne i wszystkie czynności wykonują z prędkością zdezelowanego wózka widłowego. Tak ślamazarnej rozgrywki ze świecą szukać. Naprawdę rozumiem, że bieganie na obcasach to trudna sztuka, jak byłem mały to sam próbowałem z mizernym skutkiem. Ale przy tych okolicznościach prędkość bohaterów to istna kopalnia kuriozum i zbędnych atrakcji. Na dodatek Lana bez żalu w niepohamowanym przypływie adrenaliny blokuje się na małym kamyczku, co jeszcze bardziej doprowadza do szewskiej pasji. Sprawy nie ratuje też kamera, która uwielbia zawodzić, a jej przestawienie skutkuje fatalnymi przycinkami.

Sztuczna inteligencja wywołuje kolejną salwę śmiechu, która po chwili przeradza się w morze tragizmu sytuacyjnego. Wiem, że Amy jest chorą dziewczynką i nie należy się z niej nabijać, ale to co wyprawia (a raczej odpowiedzialna za nią SI) przechodzi ludzkie pojęcie. Dzieciak idzie w ślady opiekunki i przykleja się do kamyczków, obija się o ściany jakby dopiero opuściła alkoholową libację i, co najgorsze, wspaniale się spisuje jako wabik na wrogów, których przyciąga jak magnes biurowe spinacze. Niesamowite moce Amy przydają się raz na ruski rok, na dodatek ich potencjał również nie został wykorzystany nawet w małym stopniu. Co więcej, w każdym rozdziale dziewczynka musi ponownie je poznawać, co powoduje, że cała ta otoczka nadnaturalnych właściwości traci sens.

IDŹ DO DIABŁA, AMY!

Cała gra sprowadza się do błądzenia po planszach w poszukiwaniu jakiejś sensownej ścieżki. Giniemy często, co nie byłoby aż tak frustrujące, gdyby nie żałosny system zapisu gry. Punkty kontrolne pojawiają się rzadko w konsekwencji czego niejednokrotnie powtarzałem ten sam etap modląc się, by w końcu dotrzeć do miejsca automatycznego zapisu. Gorsze rzeczy dzieją się, gdy postanowimy zrezygnować z zabawy w trakcie rozgrywania rozdziału. Wtedy zaliczone punkty kontrolne przepadają w odmętach świata Amy i musimy rozpoczynać zabawę na konkretnym etapie od samego początku z pustym ekwipunkiem. Przez to wszystko produkcja, którą można ukończyć w około cztery godziny wydłuża się do nudnych dziesięciu.


Technologicznie Amy jest brzydka jak noc i prezentuje standardy z 2003 roku. Wspomniałem już o żałosnej mimice twarzy, teraz dodam tylko, że cała reszta animacji bije po oczach nienaturalnością, co idealnie widać podczas biegu Lany. Mam wrażenie, że ta kobieta miała połamane większość kości, a jakiś niedoświadczony lekarz je nieudolnie poskładał. Design plansz jest schematyczny, a co za tym idzie, nudny. Zewsząd atakuje nas mrok, przez co zawieszanie się na niewidzialnych przeszkodach doprowadza do prawdziwego obłędu. Muzyka w grze praktycznie nie istnieje, natomiast dźwięki otoczenia napawają grozą z siłą równą wizerunkowi Hello Kitty na bluzie osiedlowego dresa.

Pomysł na recenzowaną produkcję był naprawdę dobry. Niestety, jego realizacja jest tak żałosna, że ciężko jest mi to przeboleć. Amy to doskonały przykład na to, że dobre pomysły powinno oddawać się w obce ręce, które będą w stanie nadać im odpowiednią formę. Bo to, co zrobiło z nią Vector Cell, które jest producentem owego tworu, to istny skandal. Gra kosztuje około 30 złotych, co pozornie nie jest wygórowaną ceną, jednak wierzcie mi – to mogą być najgorzej wydane pieniądze w Waszym życiu. Lepiej kupcie za to zgrzewkę mleka, czy czego tam wolicie. Ja uradowany z ukończenia recenzji Amy mogę bez żalu o niej zapomnieć. Wy z kolei wymarzcie z pamięci, że coś takiego jak Amy w ogóle powstało.

  • + Pomysł
  • - Wykrywanie kolizji
  • - Technologiczne zacofanie
  • - Niewykorzystany potencjał
  • - Animacje i mimika twarzy
  • - System walki to dno
  • - Żałosny system zapisu gry
OCENA
1
 
 

20.10.2012

Recenzja gry Forza Motorsport 4, czyli palimy gumę z klasą!

Nim otrzymałem Forzę Motorsport 4 do recenzji, od pewnego czasu ścigała mnie chęć zagrania w realistyczne wyścigi samochodowe z atrakcyjnymi wózkami, świetnym modelem jazdy i przyjemną dla oka grafiką. Już po kilku wyścigach mogłem z dumą powiedzieć, że posiadacze PlayStation 3 mają swoje genialneGran Turismo, Xboksowcy z kolei mogą poszczycić się doskonałą Forzą Motorsport. Naprawdę – doskonałą! W żadnej grze samochodowej jeszcze nie zatraciłem się bez reszty. Ciężko mi stwierdzić, w którym elemencie produkcji leży ta zasługa. Pewne jest tylko to, iż tytuł ze stajni Turn 10 jest dopracowany, piękny i grywalny. Czego chcieć więcej?

DŁUGIEGO TRYBU KARIERY?

Tryb kariery obejmuje dziesięć wirtualnych lat przepełnionych miodnymi wyścigami. Przez ten długi okres będziemy brać udział w ogromnej ilości różnorodnych zawodów w różnych regionach świata. W każdym z nich musimy wybrać jeden spośród kilku zróżnicowanych wyścigów. Ów wybór zależny jest od posiadanej klasy pojazdu, co jest ważne. Gdy zaś nasze auto może nie sprostać wymogom co do trasy, gra natychmiastowo spieszy z pomocą i podpowiada, jaki wóz powinniśmy zakupić, bądź w jaki sposób ulepszyć już posiadany. Wraz z postępami w grze odblokowujemy coraz to szybsze samochody, które z czasem można uznać za istne wyścigowe potwory. Zanim to jednak się stanie, pojeździmy nieco słabszymi wózkami, co pozwoli nam na okiełznanie mechanizmów gry, a pierwszy kontakt z pogromcą szos nie skończy się na ostatnim miejscu na mecie.




Wielbicieli samotnej rozgrywki z pewnością ucieszą kolejne tryby przygotowane specjalnie z myślą o nich. Nie ma tutaj żadnych innowacji – możemy wziąć udział w czasówkach oraz pojedynczych wyścigach, gdzie do naszej dyspozycji oddano wszystkie trasy i auta dostępne w grze. W tym miejscu koniecznie trzeba wspomnieć o opcji manipulowania czasem. Twórcy pozwolili nam w nieograniczony sposób cofnąć się nieco do przeszłości, by skutecznie naprawić błąd na trasie. Miłośników kanapowych rozgrywek przy ciepłej herbacie z pewnością ucieszy możliwość grania z przyjaciółmi na podzielonym ekranie.

DUŻEJ ILOŚCI SPORTOWYCH AUT I OPCJI TUNINGOWANIA?

Kompletnie zaskoczyła mnie ilość dostępnych w produkcji samochodów. Choćbym bardzo chciał, to nie jestem w stanie ich wszystkich zliczyć, twórcy mówią o liczbie oscylującej wokół pięciuset i naprawdę im wierzę. Dodajmy do tego osiemdziesięciu producentów i sposobność dokładnego obejrzenia każdego cacka ze wszystkich możliwych stron. Fani motoryzacji poczują się jak w niebie. W przerwie na złapanie oddechu pomiędzy kolejnymi wyścigami możemy fotografować nasze fury, zmieniać kolor lakieru i wzór naklejek, a następnie dzielić się zdjęciami w sieci. Mała rzecz, a niebywale cieszy.

W grze nie mogło zabraknąć opcji tuningowania pojazdów. Znawca motoryzacji ze mnie żaden, jednakże śmiało mogę powiedzieć, że w swoim samochodzie jesteśmy w stanie zmienić praktycznie wszystko, łącznie z pozornie mało istotnymi elementami. Po takim liftingu ruszamy na tor, by sprawdzić, jak nasze cacko sprawuje się w akcji. Jeśli nie będziemy zadowoleni z jego osiągnięć i nie mamy ochoty na kolejne minuty dłubania w bebechach, gra sama zaproponuje najkorzystniejsze w danej chwili zmiany. Do tego wszystkiego potrzebna jest nam oczywiście kasa.




ATRAKCYJNEGO MODELU JAZDY I ROZMAITYCH SMACZKÓW?

Czymże byłaby dobra samochodówka bez przyjemnego modelu jazdy? Turn 10 stanęło na wysokości zadania i miast aspirować do miana najlepszego symulatora, stworzyło model dający maksymalną przyjemność z jeżdżenia. Niesamowite jest to, że niemal każde ulepszenie wprowadzone do pojazdu odbija się na sposobie jego prowadzenia. Idealnie jest to widoczne, gdy zasiądziemy za kółkiem jakiejkolwiek mocniejszej maszyny, która potrafi perfidnie zatańczyć na prostej linii. Każdy samochód wymaga od nas przyzwyczajenia i umiejętnego wykorzystania atutów pojazdu. Bardzo ważną rolę odgrywa znajomość i wyczucie terenu, bowiem jedna nierówność może nas najzwyczajniej w świecie wyrzucić z toru. Przeciwnicy również nie śpią (jest ich maksymalnie siedmiu), często wrednie zajeżdżają drogę, co utrudnia pokonanie nawet zwykłego zakrętu.

Kolejnym ukłonem w stronę pasjonatów czterech kółek jest tryb Autovista. To taki wirtualny salon samochodowy, w którym możemy poznać zapierające dech w piersiach luksusowe auto od podszewki. Wchodząc do wybranego pojazdu możemy poprosić lektora, aby opisał nam wskazaną przez nas część fury. Możemy zajrzeć niemal w każde miejsce zgłębiając niuanse świata motoryzacji. Przyznam szczerze, iż miałem wrażenie, że oglądam jakiś popularny program tematyczny. Wróć, czułem się, jakbym brał w nim udział!

DOBREGO TRYBU MULTI I PIĘKNEJ GRAFIKI?

Tryb wieloosobowy oczywiście jest równie miodny co inne aspekty produkcji. Znajdziemy w nim klasyczne wyścigi dla kilku graczy jednocześnie oraz starcia społecznościowe. Są to między innymi zawody klasowe oraz mieszane, gdzie na trasie spotykają się samochody dostępne z kilku klas. Twórcy nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili do pozycji jakiegoś elementu humorystycznego – mamy tutaj zabawę w kotka i myszkę, berka czy też piłkę nożną, a wszystko to opisane jako „Plac zabaw”. W materii technicznej nie uświadczyłem żadnych problemów z połączeniem – wszystko hula aż miło, bez ścinek i lagów.


Następnym elementem, który wprost urzeka jest oprawa wizualna. Modele pojazdów zostały dopracowane i cieszą oko szczegółami, lakier lśni, a odbite od niego światło wyzwala efekt opadającej szczęki. Również wnętrza aut olśniewają dbałością o detale. Model zniszczeń nie jest może wzorcowy, ale przecież nie o to tu chodzi. Po kilku uderzeniach widać wyraźne wgniecenia na naszym cacku, a stopień zniszczeń ukazuje specjalna grafika. Wszystko możemy podziwiać z pięciu zupełnie różnych widoków kamer. Niesamowite są także odgłosy wydawane przez wózki. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych warkot silnika jest jak poezja dla Kochanowskiego, dlatego z pewnością nikt się w tej materii nie zawiedzie. Jedyną wadą jest muzyka – co prawda nie prezentuje tragicznego poziomu, ale jakoś nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia i nie wrzucę jej do mojej soundtrackowej playlisty.

Ciężko mi zarzucić coś konkretnego najnowszej odsłonie Forzy. Na dzień dzisiejszy to najlepsza samochodówka na rynku, przynajmniej dla posiadaczy Xboksa 360. Fenomenalny model jazdy, przepiękna grafika, mnogość trybów rozgrywki – zachwytom nie ma końca! Nawet jeśli nie pasjonujesz się motoryzacją, tryb Autovista z pewnością zrobi na tobie kolosalne wrażenie. To jedyna taka gra na rynku. Polecam najusilniej.

  • + Fenomenalny model jazdy
  • + Tryb Autovista
  • + Masa różnych samochodów
  • + Przepiękna grafika
  • + Niezwykłe efekty dźwiękowe
  • - Muzyka to nudne plumkanie
  • - Problem z obsługą niektórych kierownic
OCENA
9.5

13.10.2012

Recenzja gry Thor: God of Thunder, czyli kręcimy młotem!

Już podczas pisania zapowiedzi gry Thor: God of Thunder nie wyrażałem większego entuzjazmu względem tej produkcji. Nie od dzisiaj wiadomo, że egranizacje nie rozpieszczają graczy miodnym gamepalyem. Mimo nikłych nadziei, że być może pozycja SEGI okaże się chociażby przeciętna, już po godzinie zabawy wiedziałem, ze to kolejna próba wyciągnięcia kasy od fanów filmu i komiksu Marvella. Thor przeniesiony na ekrany monitorów to (podobnie zresztą film) pozycja nieciekawa i po prostu nudna.

BÓG PIORUNÓW

Standardowo zacznę od fabuły, której konstrukcja jest sztampowa do bólu. Główny bohater, tytułowy Bóg Piorunów musi uratować krainę Asgard przed unicestwieniem, a wszystkiemu towarzyszy motyw zemsty. Sprawy nie ułatwia nawet Loki, który podstępem podpuszcza Thora, który uwalnia bestię zwaną Mangogiem. Brzmi znajomo? No cóż, wielbiciele serii God of War z pewnością zauważą w recenzowanej produkcji bardzo ubogą wersję ulubionego odpowiednika. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że zmarnowano fajną licencję oraz opowieść, która miała naprawdę spory potencjał. Ale przecież to gra robiona na kolanie, czego więc można się spodziewać?




Pod względem rozgrywki Thor to najzwyklejszy w świecie podrzędny slasher, jakich wiele. Bohater jako swojego oręża używa młota, przy okazji wspomagając się różnymi mocami. Dzielą się na one na trzy kategorie: wind, thunder oraz lighting. Ich używanie daje największą frajdę, (choć i tak jest znikoma…), samych mocy jest niestety niewiele. Twórcy oddali nam do użytku sporo kombosów, z których kilka dostępnych jest dopiero po odblokowaniu w określonym miejscu w grze. Bóg zdobywa także doświadczenie pozwalające na odblokowanie umiejętności, których jest trzydzieści sześć. Niestety, śmierdzą one standardem na kilometr i o zapachu jakiejkolwiek innowacji nie ma mowy. Co prawda sieczka na tle mitologii nordyckiej może się niektórym spodobać, jednak mając w głowie postać Kratosa, Thor wydaje się po prostu śmieszną alternatywą.

BYE BYE, MASZKARO!

Również oponenci nie porywają oryginalnością i szczerze mówiąc żaden z nich nie zapadł mi w pamięci na dłużej. Bardziej boli fakt, że potyczki z bossami srogo rozczarowują. Gra stara się być epicka jak God of War, a wychodzi efekt odwrotny do zamierzonego. Co z tego, że badassy są ogromnie jak Pałac Kultury, skoro podczas walki z nimi nie robimy nic innego, jak tylko notorycznie nawalamy młotem i używamy mocy? Zero jakiejkolwiek finezji i konieczności obierania taktyki sprawia, że starcia z gigantami są nudne. A miało być tak epicko…


Grafika również nie należy do górnolotnych. Eksplorowane przez nas lokacje mają sprawiać wrażenie zróżnicowanych, jednak po bliższym kontakcie z teksturami ciągle mamy do czynienia z tym samym. Sprawę pogarszają ascetyzm w materii obiektów na planszach i skąpe animacje teł. Podczas filmików, choć dość ładnie wykonanych, nie mogłem powstrzymać się od ziewów.

Thor: God of Thunder to kiepska gra. Nie znalazłem w niej absolutnie nic, co by mogło sprowadzić ją chociażby do poziomu przeciętnej rąbanki. Produkcja garściami czerpie z serii God of War, jednak wszystko wykonane jest znacznie gorzej i przez to modliłem się, by jak najszybciej powrócić do Kratosa. Szkoda, bo twórcy mieli spore pole do popisu.

  • Mitologia nordycka
  • + Można posiekać...
  • - ...ale lepiej wrócić do Kratosa
  • - Nudna
  • - Mierna grafika i dźwięk
  • - Ogólnie: nic ciekawego 
OCENA
2.5

10.10.2012

Recenzja gry deBlob2: the Undergraound, czyli zabawy farbami!

Każdy z nas będąc dzieckiem siedział przy stole i z wywieszonym jęzorem mazał kredkami po pustych przestrzeniach ograniczonych wyraźnymi konturami. Czasami robiliśmy to byle jak, często jednak usilnie staraliśmy się nie wyjść poza linie i z dziecinną precyzją dobierając kolory nadawaliśmy obrazkom drugie życie. Mowa oczywiście o kolorowankach – obowiązku każdego przedszkolaka. de Blob 2: The Underground to nic innego jak kolorowanie na ekranie. Z tym, że tutaj nadajemy barwy całemu miastu!

WIĘC CHODŹ, POMALUJ MÓJ ŚWIAT...
Główny bohater to sympatyczny... owalny kształt o imieniu Blob. Potrafi on wchłonąć jeden kolor na raz i tym samym zwiększyć swoje rozmiary. Rozliczne barwy czerpie ze specjalnych punktów do tego przeznaczonych rozproszonych po planszy. Wszystko po to, by w wyznaczonym czasie pomalować miasteczko zgodnie z wytycznymi. Banalne? A jakże! Ale ile frajdy!




Poziom trudności zabawy sukcesywnie rośnie wraz z naszymi postępami. W kolejnych etapach musimy ożywić większy obszar miasta, paleta kolorów powiększa się o nowe barwy, a elementy do pomalowania stają się trudniej dostępne. Tutaj idealnie widać, że produkcja jest nie tylko pozycją reprezentującą gatunek gier zręcznościowych, ale też logicznych. Budowla kilkupiętrowa wymaga odpowiedniego zagospodarowania czasem. Należy działać szybko, ale nie bezmyślnie, bowiem całe kolorowanie odbywa się poprzez dotknięcie ściany Blobem. Nie oznacza to jednak, że gra wymaga od nas chirurgicznej precyzji, mimo to trzeba poświęcić nieco uwagi, by przypadkowo nie zmienić koloru raz już oblanej prawidłową barwą ściany.

MISSION POSSIBLE

W kampanii, z jaką będziemy mieli do czynienia, zwiedzimy 11 dzielnic miasteczka Prisma City. Nie determinuje to faktu, że tylko główne wytyczne będą stanowiły o żywotności gry. Zadań pobocznych jest naprawdę sporo i choć nie urozmaicają zabawy w materii samej rozgrywki, to dają dodatkową porcję świetnego gameplayu. Czasami będzie to „zaliczenie” wszystkich drzewek w miasteczku, czy też dotknięcie plakatów rozklejonych na domach. Pozornie nic ciekawego – w rzeczywistości naprawdę przyjemny dodatek. Nie można zapomnieć o misjach, których akcja rozgrywa się we wnętrzach budowli. Również tutaj cała idea tkwi w tańcach z barwami. Jeśli chcemy pojechać windą, nasz Blob musi zmienić barwę na żółtą, dźwignie uruchamiają się tylko wtedy, kiedy będą przemalowane na odpowiedni kolor. Można rzec, że tutaj ciągle robi się to samo. Nie będzie to stwierdzenie błędne. Ale to naprawdę absolutnie nie sprawia, że gra się nudzi.

Oczywiście, żeby nie było zbyt łatwo, na naszej drodze staną różne przeszkody, z którymi Blob będzie musiał się uporać. Pierwszą z nich są potworki, które potrafią przyssać się do naszego bohatera lub też strącić go do atramentu (co skutkuje utraceniem życia). Przemoc jest tutaj oczywiście mocno umowna – wystarczy wskoczyć na oponenta, by go wyeliminować. Kolejnym utrudnieniem bywa niewielka ilość basenów z farbkami. Często bywa tak, że ich zawartość nie jest adekwatna do ilości potrzebnej do pomalowania obiektów oznaczonych w wytycznych misji. Sadzawki napełniają się z czasem, jednak o bezczynnym staniu w miejscu w oczekiwaniu na przypływ odpowiedniego surowca nie ma mowy – czas goni i często to możemy dotkliwie odczuć.




ZIMNO, CIEPŁO, GORĄCO!

Projekty poszczególnych poziomów są naprawdę pomysłowe. Architektura Prisma City różni się w każdej dzielnicy licznymi detalami. Początkowo wszystko jest szaro-bure, jednak gdy tylko zakasamy rękawy i weźmiemy się do roboty, możemy podziwiać przepiękny, kolorowy świat, który tętni życiem. Początkowo statyczne elementy po oblaniu barwami zaczynają działać, jak choćby drzewa wdzięcznie kołyszące się na wietrze, czy też fontanny uruchamiające się po odpowiednim zastosowaniu kolorów.

de Blob 2: The Underground to pozycja dedykowana dla dzieci, jednak wszyscy gracze, niezależnie od wieku, z pewnością będą się przy niej doskonale bawić. Niesamowita grafika napawa optymizmem, gameplay naprawdę cieszy i daje masę dziecięcej radości, a ukryte bonusy potrafią zmotywować do działania. Ta produkcja po raz kolejny udowadnia, że prosty pomysł potrafi przyciągnąć do ekranu na wiele godzin. Polecam gorąco!

  • + Prosty pomysł...
  • + ...i jego wykonanie
  • + Duże pokłady grywalności
  • + Fajne połączenie gry logicznej i zręcznościowej
  • - Niektórych zapewne znudzi ciągłe malowanie
  • - Kamera czasami daje się we znaki
OCENA
9

4.10.2012

Recenzja gry Marvel vs. Capcom 3: Fate of Two Worlds, czyli klepiemy maski!

Prosiliśmy, czekaliśmy i w końcu - dostaliśmy! Blisko dekadę po ukazaniu się Marvel vs. Capcom 2 na świat przyszła trzecia odsłona znanego i cenionego cross-overa. Moje niewygórowane oczekiwania względem tej produkcji sprawiły, że nie tylko świetnie się przy niej bawiłem, ale także zostałem pozytywnie zaskoczony. Jest ładnie, ciekawie, brutalnie i (a jakże!) grywalnie.

NIE MA TO JAK STANDARD

Na początek warto pokrótce zorientować się, jakie tryby gry Fate of Two Worlds nam oferuje. W tej materii nie znajdziemy żadnych innowacji - wszystko to już było, nawet w bardzo leciwych mordobiciach. Wybierając Arcade Mode będziemy mieli okazję stoczyć kilka różnorodnych walk, by zwieńczyć nasz sukces poprzez pokonanie Pożeracza Planet Galactusa (jeśli orientujesz się w marvelowskich komiksach, z pewnością będziesz wiedział, kim ów Pożeracz jest). Po zasłużonym triumfie naszym oczom ukaże się epilog złożony z plansz rodem z PowerPointa. W bijatykach taki zabieg jest bardzo częsty, po tej produkcji jednak mimo wszystko spodziewałem się jakiegoś filmoweo outro. Szkoda.



Trening pełni rolę samouczka, w którym dane nam będzie popracować nad swoimi umiejętnościami. Sprawę znacząco ułatwia fakt, że mamy możliowść sprecyzowania zachowania przeciwnika, jeśli chcemy bezstresowo pokombinować z przyciskami, ustawiamy wroga na tryb bezruchu. Nie ma oporów też, by w tutorialu zmierzyć się z oponentem używającym zaawansowanych ciosów. Mimo oczywistych plusów tego wariantu, na tej płaszczyźnie lepiej prezentuje się tryb Mission, czyli kolejny trening z tym, że został on podzielony na misje indywidualne dla każdej postaci. W każdej musimy wykonać określone kombosy, które wymagają niemałej wprawy, jednak zdecydowanie szybciej można je opanować niż podczas standardowego samouczka.

Ostatni z trybów to Versus, gdzie mamy okazję pookładać się po twarzach ze znajomymi przy jednej konsoli w trybie offline. Rozgrywka sieciowa również cieszy nie mniej, choć niekiedy trzeba naprawdę długo czekać, aż system wyszuka odpowiedniego przeciwnika do walki. Na ogromny plus bez wątpienia należy zaliczyć brak jakichkolwiek lagów - wszystko dzieje się płynnie bez żadnych chrupnięć i ścinek.




W RÓŻNORODNOŚCI SIŁA

W grze mamy do dyspozycji 36 różnorodnych bohaterów (a dam sobie głowę uciąć, że będzie ich więcej w planowanych DLC) zarówno wykreowanych przez Capcom (Dante, Ryu), jak i Marvela (Wolverine, Hulk). Cieszy fakt, że przeciwnicy mają bardzo zróżnicowany wachlarz ciosów, każdym wojownikiem walczy się odmiennie, mają swoje słabe i mocne strony, które warto poznać. Konieczne jest przetestowanie wszystkich bohaterów, by wybrać dla siebie najbardziej optymalne postacie, których styl walki będzie nam odpowiadał. Można nieco narzekać na niedokładne zbalansowanie herosów, ale każdego można pokonać, jeśli tylko odpowiednio się pokombinuje.

Mechanika w grze jest nieco uproszczona względem tego, co prezentowała nam "dwójka". Przyciski na padzie nie odpowiadają już za kopniaka, czy też wyprowadzenie prostego uderzenia pięścią, a miast tego mamy podział na ciosy słabe, średnie, mocne, którym towarzyszy jeden dodatkowy wyrzucający oponenta w powietrze. Wszelkie kombosy wykonujemy równie prosto - przycisk plus strzałka jest lekarstwem na wszystko, choć przy tych bardziej skomplikowanych akcjach trzeba będzie się zdecydowanie bardziej namęczyć. Prosta mechanika z pewnością przyciągnie początkujących graczy, zaawansowani wyjadacze gatunku będą równie zadowoleni.

3 VS 3

Mordoklepki przyzwyczaiły nas do walk jeden na jeden, w Marvel vs. Capcom 3 mamy do czynienia z potyczką dwóch drużyn składających się z trzech postaci każda. Mogłoby się wydawać, że taki pojedynek będzie trwał o wiele za długo, jednak jest to wrażenie mylne. Przy odpowiednim dobraniu kombosów jesteśmy w stanie bardzo szybko skrócić pasek zdrowia wroga. Na planszy walka prezentuje się prosto - jeden wojownik działa, reszta grzeje ławkę rezerwowych. Czekając na swoją kolej, kompani wspierają nas asystami polegającymi na krótkim wkroczeniu na pole walki i wyprowadzeniu szybkiego ciosu. Owych asyst trzeba używać rozważnie i w odpowiednim momencie - jeśli pomocnik wkroczy na pole, gdy wróg kończy sekwencję masakrycznego combo, ma niesamowitą okazję, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dosłownie. Ważnym elementem drużynowym jest także specjalny atak, wykonywany przez jedną, dwie lub też trzy postacie jednocześnie. Za każdym razem, gdy przeciwnik dostaje od nas manto lub też gdy my wyhaczymy sierpowego, ładuje nam się specjalny pasek. Ile razy osiągnie maksymalną wartość, tylu bohaterów wykona niesamowity atak, zależny od doboru herosów.


JAK TU ŁADNIE!

Grafika w tej produkcji robi wrażenie, jednak jeśli masz nawet minimalne skłonności do padaczki - nie bierz się za nią. Migający ekran oblany żywymi kolorami wygląda atrakcyjnie, wszystko zmienia się dynamicznie, a animacje kombosów cieszą oko. Ruchy postaci nie pozostawaiają wiele do życzenia. Przyczepić się można jedynie do niewielkiej ilości aren. Bardzo dobrze wypadają także odgłosy postaci - w większość są świetnie dobrane, fanów języka japońskiego ucieszy możliwość przełączenia ich na oryginalne odzywki. Muzyka stoi na wysokim poziomie - każdy wojownik ma swój unikalny utwór charakterystyczny dla niego.

Jak niemal w każdej bijatyce, wraz z postępami w grze odblokowujemy rozmaite bonusy w postaci licznych grafik oraz strojów. Te drugie są wepchnięte nieco na siłę, nie byłoby powodów do narzekania gdyby nie to, że alternatywne wdzianka róznią się tylko i wyłącznie kolorem. Cieszą także monitorowane na bieżąco statystyki gracza, które możemy obserwować na swoim profilu.

Marvel vs. Capcom 3: Fate of Two Worlds jest produkcją bardzo grywalną. Nie wprowadza do serii licznych zmian, można pokusić się o stwierdzenie, że jest rozwinięciem poprzedniej odsłony. Osobiście nie traktuję tego jako minus, od "dwójki" upłynął już szmat czasu, dlatego fajnie jest przypomnieć sobie starą magię cyklu w nowej oprawie.


  • + Postacie znane i lubiane...
  • + ...i ich zróżnicowanie
  • + Audio-wideo
  • + Przystępna i satysfakcjonująca
  • + Sporo grywalności
  • - Za mało aren
  • - Niewiele trybów single

OCENA
8

7.09.2012

Recenzja gry Warriors: Legends of Troy, czyli szatkujemy mieczami!

Ile to już razy twórcy obierali w swoich dziełach wydarzenia z mitologii greckiej jako miejsce akcji swojej produkcji? Ciężko to zliczyć, przykładów jest multum, a Warriors: Legends of Troy dorzuca do puli kolejną pozycję. Nie rozwlekając wstępu mogę dosadnie stwierdzić, że Homer się w grobie przewraca…

ACHILLES MAY CRY

Dlaczego? Bo gra kompletnie spłyca mitologiczne wydarzenia. Niemal każdy aspekt fabularny jest miałki i przedstawiony w sposób skrótowy, bez polotu i najzwyczajniej w świecie dennie. Bohaterowie, którymi przyjdzie nam pokierować są skandalicznie okrojeni z jakiejkolwiek sugestywności i charyzmy. Gra wieje nudą na kilometr, może i dwa – całość jest do bólu powtarzalna, a co za tym idzie - męcząca. Fabuła oczywiście jest, lecz jej nijakość i sposób przedstawienia (głos konającego narratora i fatalne przerywniki filmowe) sprawia, że jej obecność wypada produkcji na minus.

Podczas gry będziemy mogli wcielić się w aż ośmiu znanych z greckich mitów herosów. Dobrze czytacie – ośmiu. Tu rodzi się pytanie: po kiego grzyba wrzucać tylu bohaterów, skoro nawet jeden nie jest należycie dopracowany i nie budzi absolutnej sympatii? Niezależnie kim pokierujemy, czy to Hektorem, Parysem, czy też Achillesem, gameplay prezentuje się identycznie, zero innowacji, zero nowinek, ciekawostek, schematyzm wprost bije po oczach. Podczas gry bardzo często przyjdzie nam się przełączać pomiędzy herosami , co i tak nie robi różnicy, bo wszystkimi kieruje się tak samo. Nie wiem, czy wynika to z lenistwa twórców, czy też ze znikomej znajomości mitologii, jednak nie ma w tym absolutnie nic pasjonującego. Warriors: Legends of Troyto ciągła sieczka przerwana od czasu do czasu dreptaniem po ścieżkach.




KOMBINOWANE COMBO

Każda z postaci jest w stanie używać trzech rodzajów ciosów – lekkie, ciężkie/mocne oraz ogłuszenie (np. tarczą). Efektywność ataku zależy od tego, którego ciosu zdecydujemy się użyć, wiadomo, że lekki będzie szybszy, lecz zada mniej obrażeń. Ogłuszenie z kolei pozwala nam kupić sobie nieco czasu, by wyprowadzić bardziej „skomplikowane kombosy”. Skąd ten cudzysłów? Ano stąd, że owe combo to nic innego jak wciskanie jednego przycisku – trzy razy wciśnięty guzik zaowocuje trzema ciosami itp. Na tym przygoda z atakami się kończy. W tej materii nie tylko nie ma nic odkrywczego, ale też atrakcyjność walk leci na łeb, na szyję. Sprawę lekko poprawiają finishery, choć też nie do końca. Żeby takowe wykonać trzeba mieć do tego sposobność, np. zajść wroga od tyłu. Widząc przed sobą multum wrogów gracz nawet nie myśli o tym, by się angażować w tego typu zabawy, tylko z uporem siecze kolejnych oponentów. Poza tym finiszerów jest niewiele, czasem uda nam się przebić wroga na wskroś, czy też poderżnąć mu gardło, ale ich wykonanie nie zachwyca i wrażenia estetyczne po krótkim czasie maleją do zera. Z całej walki najciekawszym elementem jest furia, której stan określa specjalny pasek. Gdy wypełni się do końca, nasz heros natychmiastowo zyskuje na sprawności i jest w stanie szybciej rozkładać przeciwników na łopatki. Furii towarzyszy efekt rozmycia ekranu, co wygląda nawet przyzwoicie. Ten aspekt daje radę, choć bardziej do gustu przypadł mi inny element rozgrywki. Bohater może podnosić bronie pozostawione przez ubitych wrogów i zrobić z nich własny użytek. Nic nie stoi na przeszkodzie, by chwycić włócznię i z impetem przedziurawić nią bardziej oddalonego oponenta poprzez mocarny rzut dobytym orężem.

TARCZĄ I MIECZEM

Dobrze zrealizowanym elementem gry jest ekwipunek. Przyznam się, że porównując inne aspekty produkcji, ten zasługuje na bezwzględną pochwałę – przedmiotów jest sporo, a ich właściwości zwiększają parametry postaci. Liczba itemów pozwala na kombinowanie z wyposażeniem, nie ma przeszkód, by skompletować zestaw dwóch pierścieni, by znacznie podnieść nasz poziom żywotności, czy też innych świecidełek, które powiększą pasek furii lub sprawią, że staniemy się bardziej odporni na ciosy i podniosą efektywność naszych ataków.




Ważnym aspektem jest także prosty (w końcu to slasher) rozwój postaci. Podczas eksterminacji przeciwników otrzymujemy określoną ilość specjalnych punktów zwanych Kleos. Cały system jednak ogranicza się tylko do zwiększenia naszych parametrów – to za mało, by uznać go atrakcyjnym, nawet, jeśli mamy do czynienia z czystą siekaniną. Kleos można pozyskiwać także poprzez wykonywanie zadań głównych i pobocznych (które notabene wieją totalną nudą) lub w czasie eksploracji terenu. Tu ponownie twórcy się nie popisali. Wchodząc na boczną ścieżkę możemy być pewni, że napotkamy ślepą uliczkę, często zwieńczoną niewidzialną ścianą, czego absolutnie nie cierpię. Mimo wszystko warto penetrować teren, gdyż istnieje spora szansa na znalezienie przydatnego żelastwa. Albo zwykłych śmieci.

ATRAKCJE? NIESTETY, TO NIE TUTAJ…

Strona wizualna gry prezentuje się miernie. Lokacje są schematyczne, niska rozdzielczość tekstur momentami razi, natomiast kolorystyka utrzymana głównie w barwach brązu i zieleni szybko nuży. Przykre jest też to, że według Tecmo KOEI w mitologicznym świecie nie istniał deszcz, nie wspominając o innych warunkach pogodowych. Jeśli chodzi o dźwięk to nie uświadczyłem niczego specjalnego, muzyka nie zapada w pamięć. Autorzy chyba nie chcieli zaśmiecać cennych gigabajtów w mózgach graczy.

Warriors: Legends of Troy to produkcja nudna, schematyczna I do bólu powtarzalna. Poszczególne elementy gry są niedopracowane i nieatrakcyjne. Spłycenie bohaterów i świata mitologii greckiej mocno rozczarowuje, ciężko znaleźć tutaj jakikolwiek aspekt, który sprawiłby, że pieniądze wydane na tę pozycję byłyby dobrze zainwestowane. Również dodatkowe tryby gry odblokowane po ukończeniu linii fabularnej niekoniecznie wpływają na atrakcyjność tworu studia Tecmo KOEI. Nie polecam.


  • + Od biedy ekwipunek
  • + Posiekać można...
  • - ...ale jest masa innych lepszych produkcji
  • - Płytka fabuła i bohaterowie
  • - Szybko nuży
  • - Słaba grafika
OCENA
3