Ogromnym plusem gier niezależnych jest element zaskoczenia. Jeszcze do niedawna nikt się po nich nie spodziewał niesamowitych pomysłów, eksperymentalnych mechanizmów rozgrywki i nieskończonych pokładów grywalności. Szybko jednak okazuje się, że apetyt gracza wciąż rośnie, a w parze z nim – wymagania względem produkcji indie. Stąd też Capsized jest dla mnie tytułem zaledwie dobrym. Ale po kolei…
Fabularne odmęty
Fabuła Capsized jest dość miałka, sztampowa i nieciekawie przedstawiona. Na intro składa się kilka statycznych plansz, które w połączeniu ze sobą starają się imitować komiks. Z obrazków dowiadujemy się, że rakieta kosmonautów zostaje uszkodzona, ci z kolei rozpaczliwie ewakuują się do mniejszych pojazdów, które awaryjnie lądują na nieznanej nikomu planecie. I to w zasadzie wszystko, jeśli chodzi o wprowadzenie. Śmiało można powiedzieć, że opowieść jest słabym elementem tej pozycji. Na szczęście inne aspekty są naprawdę nieźle dopracowane.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to rewelacyjna (powtarzam: rewelacyjna!) oprawa graficzna. Plansze, po których przyjdzie się nam poruszać są pieczołowicie dopracowane z dbałością o detale. Poszczególne elementy tła potrafią zrobić wrażenie i bez żalu można im się przyglądać stojąc praktycznie bezczynnie (oczywiście, jeśli sytuacja w grze na to pozwala). Na uznanie zasługuje design poziomów. Levele wypełnione są ukrytymi przejściami i skrytkami, a dostanie się do nich czasami wymaga ruszenia głową. Często musimy utorować sobie drogę do konkretnego obiektu. Pozwala na to dość wysoka niszczalność otoczenia oraz możliwość wpływania na położenie niektórych elementów krajobrazu. Takie rozwiązania wprowadzają lekki powiew świeżości w gatunku platformówek, gdzie ciągle gnamy w prawo. Jedynymi minusikiem map jest ich wielkość – zdecydowanie nie należą do zbyt obszernych, jednak fakt, że zostały one wykonane ręcznie szybko rekompensuje wszelkie negatywne wrażenia.
Wbrew grawitacji
Poruszanie się naszym kosmonautą jest dość specyficzne ze względu na zmniejszone oddziaływanie grawitacji na bohatera. Dzięki temu wystarczy najzwyklejszy krok ku górze, aby ten oderwał się od podłoża. Co ciekawe, twórcy nie wprowadzili do rozgrywki opcji tradycyjnego skoku, co może wydawać się dziwne w tego typu produkcjach. Miast niej wyposażyli postać w specjalny hak z liną pozwalający na dotarcie do trudno dostępnych miejsc. Owe urządzenie jest niezastąpione niemal w każdej sytuacji – dzięki niemu nie tylko wspinamy się na wyższe poziomy, ale też jesteśmy w stanie przemieścić konkretny obiekt zagradzający nam drogę lub też zabrać go ze sobą. Na linie bez problemu możemy się także rozbujać, co w połączeniu z mniejszą siłą grawitacji jeszcze bardziej ułatwia przemieszczanie się. Nie jest jednak tak prosto, jakby mogło się wydawać, bowiem przejścia często są bardzo wąskie i musimy wykazać się niemałą precyzją, aby osiągnąć swój cel. Przydatnym ustrojstwem jest także odrzutowy plecak dający nam szansę dostania się na wyższe partie planszy, jednakże wymaga on paliwa, a sterowanie nim nie należy do najbardziej intuicyjnych.
Planeta, na której wylądowaliśmy roi się od niebezpieczeństw w postaci różnych gatunków obcych. Ci są naprawdę sporym wyzwaniem, gdyż ich zawziętość potrafi dać się we znaki. Uciec przed nimi praktycznie się nie da – musimy zakasać rękawy i ubić wszystkie poczwary, jakie spotkamy na swojej drodze. Oponenci są dość zróżnicowani, mamy tutaj plujące trucizną owadopodobne stworzenia, piekielnie szybkie pająki, kosmitów i szkielety kotów niewahające się nas ugryźć. Do tego dochodzą rozmaite pułapki pokroju eksplodujących przedstawicieli lokalnej fauny oraz bossowie, których ubicie wymaga niezłej gimnastyki. Na szczęście do naszej dyspozycji oddany został spory arsenał broni. Co prawda każdą planszę rozpoczynamy z jedną pukawką w ekwipunku, jednak po mapie są rozłożone inne przedmioty masowej eksterminacji różniące się siłą ognia i rażenia. Trzeba też umiejętnie dobierać broń względem przeciwników – puszczanie wiązek lasera w kierunku arcyzwinnych pajęczaków mija się z celem. Poziom trudności jest spory ze względu na dopracowane AI. Wrogowie nie mają w zwyczaju pudłować ani ignorować kosmonauty i nie spoczną, póki go nie dopadną. Na szczęście mamy prawo kilka razy zginąć bez konieczności powtarzania całego levela od nowa, dzięki czemu nie towarzyszy nam uczucie frustracji w przypadku niepowodzenia.

Fajna sprawa
Capsized nie jest grą bezbłędną, jednak drobne mankamenty techniczne absolutnie nie wpływają na przyjemność z gry. To produkcja naprawdę klimatyczna, w pewnych aspektach oryginalna, dopracowana graficznie i muzycznie oraz, co najważniejsze, grywalna. Świadczy o tym fakt, że gracz ma ochotę nie tylko rozegrać kolejne plansze, ale ponownie przejść już znane, by śrubować wyniki i odblokować kolejne osiągnięcia. Nie jest to jednak jedna z tych produkcji, do których chciałoby się wracać po tygodniach intensywnego grania. Mimo to jak najbardziej polecam.
Plusy

Świetna oprawa graficzna

Potrafi wciągnąć

Poziom trudności i ciekawe rozwiązania
Minusy

Bardzo krótka

Kiepska fabuła

Drobne bugi