Ads 468x60px

27.06.2012

Recenzja gry Family Farm, czyli radośnie sadzimy marchewki!


Spoglądając na fatalną okładkę Family Farm byłem niemal stuprocentowo przekonany, że ta gra to kolejny farmerski crap, jakich na rynku od zatrzęsienia. Szybko jednak okazało się, że produkcja studia Hammerwarewcale taka zła nie jest i potrafi dać sporo radości. Okej, przyznaję się – wciągnęła mnie bez reszty.

SIEKIERA, MOTYKA, KROWA...

To co odróżnia FF od chociażby Agrar Simulator 2011 to przede wszystkim realia. Akcja gry ma miejsce na gospodarstwie rolnym XIX wieku. Jako że nie mamy do dyspozycji niebotycznych hektarów ziemi do uprawy i zarządzania, wszelkie maszyny rolnicze są nam kompletnie zbędne. Wszystko wykonujemy naszymi strudzonymi rękami – poczynając od sadzenia drzew, orania, budowania zagród i oporządzania zwierząt, na zbieraniu owoców kończąc. Swoją powierzchnię rolną możemy zwiększać (oczywiście z pewnymi ograniczeniami) poprzez karczowanie lasów i usuwanie zbędnych kamieni.

Jak sama nazwa wskazuje, nasz biznes polega na prowadzeniu rodzinnej farmy, stąd też pojawiły się podstawowe simsopodobne rozwiązania. Mamy swój własny wiejski dom, który możemy rozbudować za odpowiednią sumę pieniędzy stwarzając tym samym miejsce dla nowych członków rodziny. Warto ją powiększać, bowiem gwarantuje to kolejną, darmową parę rąk do ciężkiej pracy. Oczywiście możemy zatrudnić sezonowych robotników, jednak trzeba im na dzień dobry wypłacić pensję. Ponadto ich kwalifikacje pozostawiają wiele do życzenia.


THE SIMS 2: FARMERZY

Każda postać, zarówno członek rodziny, jak i robotnik sezonowy, ma określone cechy: siłę, zręczność, witalność i morale. Mogą one być tymczasowo zmienione poprzez zjedzenie określonej potrawy lub zaspokojenie potrzeby odpoczynku. W przypadku punktów morale, szybko można je zwiększyć dzięki upiększaniu naszego gospodarstwa – sadzenie kwiatów i stawianie różnorodnych figurek jest doskonałą metodą na pocieszenie naszych podopiecznych. Najważniejsze są jednak kwalifikacje pracowników – każda czynność przydatna w pracy jest oznaczona stopniem umiejętności. Im większy ów stopień, tym szybciej i efektywniej skończymy naszą pracę. Jest to bardzo ważne ze względu na to, że wykwalifikowana osoba jest w stanie chociażby podnieść jakość gleby (która z czasem traci na swojej żyzności), a co za tym idzie, zwiększa się ilość cennych plonów. Jeśli wystarczająco często wykonujemy jakąś czynność, punkty umiejętności się zwiększają. Te banalnie proste mechanizmy RPG absolutnie pasują do całości gameplayu. Na ilość i jakość zbiorów ma wpływ kilka czynników – prócz wspomnianych już kwalifikacji siły roboczej i jakości gleby, dużą rolę odgrywa pogoda. Na nią nie mamy jednak wpływu i w czasie zbyt obfitych opadów deszczu musimy pogodzić się z nieco mniejszymi plonami.

JAK W PORACH ROKU VIVALDIEGO...

Wszystko odbywa się w czasie dwóch pór roku. Wiosną musimy posadzić nasze rośliny na grządkach, podlać je oraz przyciąć drzewka. Latem następuje etap zbiorów – kolekcjonujemy warzywa, owoce z drzew i krzewów oraz uprawy z pól, które automatycznie zostają sprzedane. Na tym jednak letnia praca się nie kończy, gdyż po zbiorach trzeba wszystko doprowadzić do porządku. Pola wymagają ponownego zaorania, a grządki wypielenia. Potem wszystko zaczyna się od początku, jednak z tą różnicą, że możemy cieszyć się zwiększoną zawartością portfela. Nie pozostaje nic innego, jak wdrożenie w życie nowych inwestycji.

Bardzo opłacalna jest hodowla zwierząt. Co prawda, to przedsięwzięcie do tanich nie należy, ale po kilku latach zwraca się z nawiązką. Dokupując byka do pary z krową możemy mieć gwarancję, że za rok ujrzymy słodkiego cielaka. Ten po pewnym czasie stanie się już „pełnoprawną” mućką, którą możemy sprzedać za dość sporą sumę pieniędzy. Zwierząt do wyboru jest sporo – samych krów są trzy gatunki, oprócz nich jesteśmy w stanie podjąć się hodowli owiec lub koni. Podobnie wygląda sprawa z wszelkimi uprawami – warzyw do sadzenia jest niemało, a każda ma inne wymagania co do pogody i jakości gleby. Co ciekawe, wszystkie opcje odblokowujemy po zdobyciu określonej rangi (coś na wzór hitu z facebooka, FarmVille). Doświadczenia przybywa nam po wykonaniu każdej czynności wymagającej pracy oraz za wykonywanie zadań.

STRATEGICZNIE I EKONOMICZNIE

W trybie kampanii będziemy mieli do wykonania kilkanaście misji na określonych terenach – nizinach, wyżynach oraz w krajobrazie dworskim. Pierwsze plansze są proste i szybko można się z nimi uwinąć, później już musimy poświęcić nieco czasu, aby wykonać wszystkie trzy wytyczne (choć obligatoryjne jest tylko jedno). Warto jednak zadbać o to, aby wykonać każdy dostępny quest, bo jak wiadomo, doświadczenia i kasy nigdy za wiele. Prócz kampanii możemy także zabawić się w trybie gry swobodnej, czyli niczym nieskrępowanej rozgrywce, w której sami możemy sobie ustalić parametry plansz. Obecność tej formy gry ratuje nieco żywotność produkcji, zwłaszcza że kampania jest dość krótka. Graficznie Family Farm nie powala i nasze oczy nie zostaną uraczone toną fajerwerków. Z drugiej strony, oprawa jest naprawdę urocza i szybko przestaje się marzyć o dynamicznym oświetleniu, głębokich jak dwa jeziora cieniach i perfekcyjnym wygładzaniu krawędzi. Pod względem muzycznym produkcja także nie powala – farmerskie plumkanie pojawia się jedynie w menu i kluczowych momentach w danym roku. Naprawdę szkoda, że podczas prac polowych jedynymi dźwiękami jakie nam towarzyszą są jęki i stęki strudzonych robotników. Interfejs jest jasny i przejrzysty, intuicyjność jest jego bardzo mocnym atutem. Twórcy polegli jedynie na niedopracowanej interakcji z otoczeniem, czasami trzeba się ostro namęczyć, żeby kliknąć interesujący nas obiekt. Często strefa interakcji znajduje się obok niego, co jest po prostu głupie.

Family Farm to zdecydowanie najlepsza produkcja o tematyce rolniczej, w jaką miałem okazję kiedykolwiek zagrać. To pozycja z przymrużeniem oka, urocza i dająca mnóstwo satysfakcji. Wszelkie Symulatory Farmy po prostu nie dorastają jej do pięt. FF nie jest zbędnie przekombinowana, ale też nie cierpi na syndrom nadmiernego uproszczenia. Polecam, nawet za te 50 złotych, jakie IQ Publishing sobie życzy za tę produkcję. Naprawdę warto.

  • + Lekka i przyjemna
  • + Wciąga
  • + Elementy RPG
  • + Ogólny wyraz
  • + Niskie wymagania sprzętowe
  • - Problemy z interakcją
  • - Muzyka mogłaby częściej się pojawiać
OCENA
7

21.06.2012

Recenzja gry Saints Row: The Third, czyli absurdalny spacer po mieście!

Nigdy nie pałałem wielką miłością do serii Grant Theft Auto. Nie potrafiłem się przekonać do tego sandboksowego stylu rozgrywki, gdzie samowolka powinna być głównym atutem gry. Stąd też miałem pewne obawy, że recenzowany Saints Row: The Third nie jest produkcją, która do końca dopasuje się do mojego gustu. O ile poprzednie odsłony serii umiarkowanie mi się podobały, to już wThe Third zakochałem się bez reszty, a każda minuta spędzona w Steelport była niesamowitym przeżyciem pełnym śmiechu, absurdu, głupoty i jeszcze raz absurdu.



PRZEPIS NA SUKCES? POPKULTURA!

Mam wrażenie, że twórcy tej kompletnie porąbanej gry mają nieźle zryte berety. Wierzcie mi – takiego miksu absurdalnych pomysłów w świecie elektronicznej rozgrywki jeszcze nie widziałem. Wyobraźcie sobie napakowanego kolesia z włosami do ramion śmigającego w damskiej garsonce w piękne kwiatuszki okładającego przy tym przechodniów wielkim fioletowym, gumowym fallusem. Mało? A co powiecie na przekręty ubezpieczeniowe polegające na rzucaniu się pod koła nadjeżdżających pojazdów i robieniu w balona PZU? Hmm, nadal słabo? To może przemówi do Was misja, w trakcie której na fotelu pasażera towarzyszy nam tygrys wymagający od nas szybkiej, lecz bezpiecznej jazdy? Okej, resztę przykładów sobie daruję, by nie popsuć Wam zabawy, jednakże ostrzegam – to tylko kropla w morzu kuriozum, jakim niewątpliwie jest „trójka”.

Jeśli nie mieliście styczności z poprzednimi grami spod szyldu Saints Row, nie macie się, czego obawiać – nowe dzieło Volition bardzo luźno kontynuuje fabułę poprzedniczek, dlatego też historia z pewnością okaże się dla Was zrozumiała. I muszę przyznać, że ta bardzo mile mnie zaskoczyła. Status Świętych w Steelport diametralnie poszybował w górę, dzięki czemu stali się swojego rodzaju gwiazdami i idolami mieszkańców. Nie ma jednak lekko – konkurencja nie śpi, a co za tym idzie, chce jak najskuteczniej pozbyć się Świętych, których działalność raczej do legalnej się nie zalicza. Lokalne gangi robią wszystko, by wyeliminować nas z gry, jednak Święci to nie jest zwykły gang – to styl życia. Stąd też zauważymy fotografów czekających, aż pozwolimy im pstryknąć sobie szybkie zdjęcie, a w mieście powstaje pełno sklepów z odzieżą typowo „świętą”. Nie będę zdradzał poszczególnych elementów fabuły, jednak zapewniam, że uśmiejecie się za wszystkie czasy. Serio!


ŚWIĘCI (NIE) Z BOSTONU

Główny wątek do specjalnie długich nie należy. Ukończyłem go raptem w dziesięć godzin. Słabo? Jasne, nie narzekałbym na dłuższy tryb fabularny, lecz możliwości, jakie daje nam miasto wykreowane przez twórców, nie sposób dokładnie opisać. Tuż po poznaniu zakończenia otrzymujemy niesamowitą sposobność czynnego udziału w życiu Steelport. Możemy powtórzyć ostatnią misję, aby poznać alternatywne zakończenie oraz podejmować się specjalnych wyzwań. Polegają one na zabiciu określonej osoby w mieście lub kradzieży wskazanego pojazdu i sprowadzeniu go do dziupli. Wcześniej jednak trzeba dotrzeć do danej dzielnicy i wykonać wytyczne (dla każdego wyzwania inne). Nic nie stoi na przeszkodzie, by wziąć udział w szalonych minimisjach o różnym stopniu trudności. Ich różnorodność sprawia, iż nie mamy powodów do nudy. Wypalanie Szlaku polega na szaleńczej jeździe płonącym quadem i zaliczaniu checkpointów, przy czym w zetknięciu z naszym pojazdem inne wybuchają, a my otrzymujemy cenne sekundy, by dotrzeć na metę mieszcząc się w czasie. W zabawie profesora Genki mamy niepowtarzalną okazję pobawić się... maskotkami. Rzecz jasna, naszym zadaniem jest ich odstrzeliwanie oraz omijanie podstawionych pułapek takich jak miotacze ognia i elektryczne wiązki. Do tego dochodzą wspomniane wcześniej przekręty ubezpieczeniowe i wiele, wiele więcej.

Zanim jednak przyjdzie nam cieszyć się wszystkimi aspektami dzieła studia Volition, musimy stworzyć naszego głównego bohatera. W tym celu twórcy przygotowali niezwykle rozbudowany kreator postaci, gdzie będziemy mieli szansę na stworzenie własnego, unikalnego awatara. Tutaj należą się wielkie brawa, bowiem opcji jest cała masa – począwszy od fryzur, rozmaitych elementów budowy twarzy i ciała, na bliznach, pieprzykach i ozdobach kończąc. Już na starcie jesteśmy wrzuceni w wir przycisków i suwaków, lecz to tylko początek kreowania przywódcy gangu. Steelport jest przebogate pod względem rozmaitych budynków pozwalających na jego wizualne podrasowanie. W sklepach z ciuchami możemy przebierać w kostiumach, spodniach, bluzach i rozlicznych pierdołach w postaci zegarków na rękę, kolczyków oraz rękawiczek. Odwiedzając Zardzewiałą Igłę możemy sprawić sobie modną dziarę w niemal dowolnym miejscu na ciele, natomiast jeśli znudzi się nam nasza facjata, szybka wizyta w klinice chirurgii plastycznej pozwoli na zmianę wyglądu twarzy. Oczywiście również i tych elementów nie ominął potok absurdów, szczególnie tyczy się to kostiumów. Saints Row: The Third to jedyna gra, w której bohater bez żadnego skrępowania śmiga po mieście przebrany za... sedes (naprawdę!), kardynała, maskotkę lub dmuchaną lalę z nieco spłaszczonymi piersiami. W pewnym momencie miałem wrażenie, że twórcy albo są kompletnymi wariatami, albo nieźle się czymś spruli w trakcie pisania kodu i projektowania modeli graficznych. Jednym słowem – masakra. Tutaj granice dobrego smaku po prostu nie istnieją.
  

BAWMY SIĘ, TAŃCZMY SIĘ!

To, co mnie najbardziej ujęło w Steelport, to zachowanie jego mieszkańców. Wierzcie mi – Volition bezlitośnie obnażyło wszystkie ludzkie przywary, jakie tylko przyszły mi na myśl. Widząc jak okładam przypadkową ofiarę pięściami, przechodnie miast rzucić się jej na pomoc, wyciągają telefony i zaczynają robić zdjęcia. Niech Was nie zdziwi środkowy palec wymierzony w Waszą stronę od nieznajomej osoby – brak szacunku to tutaj normalka. Policjanci bezczelnie wypisują mandaty piratom drogowym, a panie lekkich obyczajów wdzięczą się pod latarniami. Nie zabrakło także żywych reklam hasających po ulicach w przebraniu wielkiej puszki napoju oraz emo-gangu nie pokazującego się bez makijażu na twarzy. Nawiązań do popkultury jest naprawdę sporo, a każde z nich stanowi niesamowity smaczek, który najzwyczajniej w świecie urzeka.

Poruszanie się po tak dużym mieście ułatwia cała gama pojazdów jedno- i dwuśladowych oraz latających i pływających. Środków transportu jest zatrzęsienie i nie ma mowy, żeby ktoś nie znalazł czegoś odpowiedniego dla siebie. Motory, skutery, pospolite auta, sportowe wyścigówki, śmieciarki, autobusy, betoniarki, czołgi... Do tego dochodzą rozmaite łodzie, motorówki, helikoptery, samoloty i pionowzloty (te są naprawdę czadowe!). Jest w czym przebierać i nie mogę się nadziwić, że każdy pojazd ma nieco inny model jazdy, a sterowanie nimi za pomocą klawiatury jest piekielnie intuicyjne, jak w żadnej innej grze. Wielbiciele tuningu również będą w siódmym niebie. W Steelport pełno jest warsztatów, w których możemy podrasować swoje wózki, zarówno pod względem osiągów, jak i w materii wizualnej. Nowe zadaszenie, felgi, opony, spoilery, kolor lakieru – zmienić da się w zasadzie wszystko. Miłośnicy simsopodobnych kreatorów będą wniebowzięci.

I NEED A HERO!

Naszego protagonistę również możemy rozwijać, co jest właściwie jednym z najważniejszych elementów zabawy. I sprawia nie mniej frajdy, co inne aspekty produkcji. Wszystko opiera się na dwóch płaszczyznach: za wykonane zadania, ukończone wyzwania, powietrzne ewolucje i inne rozmaite działania otrzymujemy punkty Szacunu. Dzięki nim awansujemy na kolejne poziomy, co daje nam dostęp do coraz to ciekawszych umiejętności. Tych jest całkiem sporo i zostały podzielone na kilka podgrup. Drugim niezbędnym czynnikiem warunkującym rozwój jest zasobność naszego portfela, bowiem bez kasy praktycznie nic nie zdziałamy. Nie będę opisywał tu poszczególnych perków, by nie zanudzić Was na śmierć, powiem tylko, że jeśli uda Wam się wykupić wszystkie możliwe ulepszenia, Wasz gangsta stanie się praktycznie nieśmiertelny i możecie być pewni, iż będziecie rządzić na dzielni. Nieodwołalnie i twardą ręką. Albo jak tam sobie chcecie.

Skoro o rządzeniu mowa – w Steelport swoją działalność prowadzą trzy gangi, które rozpanoszyły się po dzielnicach miasta. Skoro chcemy wprowadzić niepodzielne rządy, wypadałoby ich stamtąd wykurzyć, prawda? W tym celu pozostawiamy swój ślad wszędzie, gdzie się tylko da. Wykupujemy strategiczne budynki takie jak sklepy, salony odzieżowe i fabryki, co przy okazji generuje godzinny przychód. Swoje wpływy poszerzamy także wypełniając nieobligatoryjne zadania poboczne oraz demaskując i likwidując operacje gangów. Im więcej terenu przejmiemy w danej dzielnicy, tym więcej kasy pojawi się na naszym koncie, a wpływy nieprzyjaciół drastycznie zmaleją.


Czym jednak byłby gangster bez odpowiedniej spluwy? Twórcy nie zawiedli i pod tym względem oddając w nasze ręce arsenał godny podziwu. Samych pistoletów i karabinów maszynowych jest kilka rodzajów, a obok nich pojawia się zdecydowanie bardziej zabójczy sprzęt – karabin snajperski, wyrzutnia rakiet, działko energetyczne oraz cała plejada granatów hukowych, błyskowych i wybuchowych. Najciekawsze są jednak zabawki, które rzadko pojawiają się w roli śmiercionośnego oręża – w każdej chwili możemy wezwać nalot bombowy, przejąć kontrolę nad wybranym pojazdem, co przypomina zabawę zdalnie sterowanym samochodzikiem, tylko nieco większym, lub postrzelać do wrogów cybernetycznym działkiem. Jeśli nie boicie się przekraczać ostatnich granic przyzwoitości, macie niepowtarzalną okazję chwycić za wielkiego gumowego fallusa i oklepać nim kilka buziek (wiem jak to brzmi, to nie moja wina!). Twórcy nie byliby sobą, gdyby nie pozwolili nam na upgrade naszych pukawek. Sklepy z bronią prócz sprzedaży zabawek i amunicji, oferują także usługę ich ulepszania, co zwiększa pojemność magazynka oraz siłę danej broni. Morze możliwości.

Nie sposób tu nie wspomnieć o walce wręcz, która została zaskakująco dobrze rozwiązania. Okładanie pięściami jest równie skuteczne, co celna seria z karabinu maszynowego. Prócz zwykłych ciosów możemy wykonać świetnie animowane combosy, co determinuje pojawienie się krótkiej sekwencji QTE. Fajnym rozwiązaniem jest też możliwość wzięcia żywej tarczy jako osłony przed kulami. Najbardziej jednak spodobał mi się... atak na jądra, a konkretnie jego rozliczność animacji zmieniająca się w zależności od posiadanej broni lub jej braku. Osoby odpowiedzialne za animacje powinny otrzymać należne im laury – wszystkie ruchy wyglądają bardzo naturalnie i są po prostu atrakcyjne dla oka. Oczywiście nie zabrakło w nich absurdu, a jakżeby inaczej!

MY NAME IS AB-SURD

Recenzja nie byłaby kompletna bez wspomnienia o postaciach drugoplanowych. Są one tak przerysowane, że nie sposób brać ich na poważnie. Mamy tu do czynienia z Zimosem, który miast normalnie się wysłowić – śpiewa i nie wychodzi mu to za dobrze. Być może te skrzywienie psychiczne spowodowane jest zbyt długim pobytem w klubie sado-maso, gdzie pracował jako... Cholera, i tak już zbyt wiele zdradziłem. Poza tym na uwagę zasługuje Oleg, potężny brutal potrafiący zaskoczyć elokwencją i kulturą. Jednak na polu walki jest nieocenionym pomocnikiem, głównie dzięki umiejętności rzucania wszystkim, co ma pod ręką, również samochodami. Do nich dochodzą równie absurdalne sylwetki złoczyńców z wrestlerem Killbanem na czele. Mimo całej otoczki debilizmu nie ma możliwości, by nie polubić BN-ów. Każdy z nich jest unikalny i niesztampowy.

Równie osobliwa jest sztuczna inteligencja, zarówno towarzyszy (zwanych Ziomami), jak i mieszkańców, policjantów i wrogów. Członkom gangu niekiedy najpierw musi zapalić się żarówka nad głową nim załapią, że do nich strzelamy. Potrafią stać jak słup soli w przeświadczeniu, iż nagle stali się niewidzialni. Ziomale potrafią nie tyle bezczelnie wleźć nam pod ostrzał, co z premedytacją spowodować wybuch auta, przy którym stoimy. Oleg z kolei w napadzie szału nie raz poobijał moje ukochane auto. AI to jeden z najsłabszych punktów The Third i przyznam szczerze, że strasznie nad tym ubolewam.

TECHNOLOGIA? TYLKO NAJNOWSZA!

Interfejs w Saints Row 3 został bardzo przejrzyście zaprojektowany. Do wszystkiego mamy dostęp po uruchomieniu smartfona dostępnego pod domyślnym klawiszem Tab. Na wyświetlaczu mamy wgląd niemalże do wszystkiego – misji, questów pobocznych, wyzwań, kontaktów, dodatków i mapy. Ta ostatnia jest dość rozbudowana, gdyż pokazuje nie tylko wszystkie najważniejsze miejsca w Steelport, ale także rozmieszczenie poszczególnych „znajdziek” tematycznych. Przydatna jest opcja zaznaczania docelowego miejsca podróży, dzięki której na minimapie pojawia się dokładna ścieżka dotarcia we wskazane miejsce. Wszelkie skróty trzeba odkryć samemu, wtedy nasz GPS błyskawicznie się aktualizuje i potem nakłada je podczas wytyczania trasy. Z poziomu książki telefonicznej przywołujemy na pomoc swoich Ziomali, prosimy burmistrza, by pomógł nam uporać się z uprzykrzającymi życie służbami porządkowymi lub sprowadzamy dowolny pojazd z naszego bezdennego garażu.

Graficznie najnowsza odsłona Saints Row jest naprawdę solidnie dopracowana. Wybuchy cieszą oko, modele i animacje robią wrażenie, a Steelport (szczególnie nocą widziane z lotu ptaka) wygląda na nowoczesne miasto pełne atrakcji. Bardzo przypadła mi do gustu kolorystyka, wszechobecny fiolet jako charakterystyczny kolor Świętych dodaje niesamowitego klimatu całej gangsterskiej otoczce. Jedynym do czego muszę się przyczepić, jest niezbyt konsekwentny model zniszczeń. Świetnie wypada oprawa dźwiękowa. Utworów muzycznych jest całkiem sporo, a rodzajów stacji radiowych jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie – metal, muzyka klubowa, pop, i wiele, wiele więcej. Nie zabrakło także znanych hitów, a przygrywające w tle „I Need a Hero” Bonnie Tyler podczas rozgrywania misji finałowej wprowadza iście epicką atmosferę. Wielkie brawa!

Ciężko mi ograniczyć swój zachwyt względem The Third. To tytuł szalony, pełny rozmaitych smaczków i nawiązań do ludzkiej mentalności, atrakcyjny wizualnie i nie do końca przemyślany. Nie jest to jednak wada – Volition wrzuciło tu wszystkie debilne pomysły, jakie tylko przyszły im na myśl, dając nam możliwość niczym nieskrępowanej zabawy, eksploracji, strzelania, jeżdżenia i śmiechu. Od siebie mogę tylko z czystym sumieniem polecić nowego Saints Rowa. Jak dla mnie – gra roku. Lećcie do sklepu, a ja zamawiam swojego pionowzlota i wracam do Steelport.

  • + Ciekawa fabuła i BN-y
  • + Świetnie wykreowane Steelport
  • + Mnogość zadań pobocznych
  • + Świetna grafika i muzyka
  • + Absurdalny humor i nawiązania do popkultury
  • + Sporo broni, pojazdów i ulepszeń
  • - AI jest głupie jak paczka gwożdzi
  • - Przekłamania graficzne
  • - Potrafi chrupnąć
OCENA
9.5

16.06.2012

Recenzja gry A-10C Warthog, czyli profesjonalnie podbijamy przestworza!

Kiedy otrzymałem A-10C Warthog do recenzji, uświadomiłem sobie, iż testowanie tego tytułu będzie nie lada wyzwaniem. Symulatory lotu to gatunek skierowany do wąskiej grupy odbiorców, a te bardziej profesjonalne jeszcze mocniej zawężają ów krąg miłośników podniebnych latadeł. Stąd też od razu muszę uprzedzić – po tytuł powinni sięgnąć jedynie ci, którzy są zdeklarowanymi fanami gatunku. Reszta bowiem albo zanudzi się na śmierć, albo zje klawiaturę z powodu frustracji.

DZIECKO BYŁOBY W SIÓDMYM NIEBIE...

Aby ułatwić Wam nieco zapoznanie się z produktem, zacznę najpierw od najważniejszych elementów zabawy spychając na drugi plan rozmaite opcje i tryby zabawy. To, co rzuca się w oczy po przejściu do kokpitu to mnogość rozmaitych przycisków, przełączników i wajch. Co ciekawe, nie są one umieszczone jedynie na pokaz – każdy taki obiekt można kliknąć za pomocą zwykłej myszy, dzięki czemu gra nie wymaga do zabawy skomplikowanych kontrolerów kosztujących grubą forsę. Nie zmienia to jednak faktu, że rozliczność buttonów przyprawia o zawrót głowy, piekielnie ciężko jest we wszystkim się połapać i zwykły żółtodziób naprawdę nie ma czego tutaj szukać. Żaden przycisk nie jest bezużyteczny, wszystkie odpowiadają za określone parametry naszego samolotu i szybko uświadamiamy sobie, że klikanie byle czego bez świadomości konsekwencji błyskawicznie sprowadzi nas na ziemię. I wtedy nastąpi wielkie bum!


Po kilku niepowodzeniach dojdziemy do wniosku, że samodzielnie nic nie zdziałamy. W pierwszej kolejności musimy zapoznać się z liczącym niemal 700(!) stron manualem (dostępnym w formacie PDF w plikach z grą), który wprowadza nas w tajniki latania podniebnym potworem. Sama papierowa instrukcja dołączona do gry nie do końca pozwoli nam na zrozumienie, co, jak i gdzie. Najlepiej jednak szlifować swoje umiejętności w praktyce i tutaj przychodzi z pomocą tryb treningowy. Został zrealizowany naprawdę świetnie, bowiem podczas niego towarzyszą nam profesjonalne głosy instruktora. Nie zmienia to jednak faktu, iż nawet w czasie treningu jesteśmy zmuszeni spędzić przy nim masę godzin, by zrozumieć ułamek tego, co wiedzieć powinniśmy.

SZYBKA AKCJA, CZY MOŻE DŁUŻSZA ZABAWA?

Kiedy już będziemy w stanie określić, które przyciski/wajchy są najważniejsze dla swobody lotu i maszyna nie uderza o ziemię przy wykonywaniu prostego manewru, czas zacząć właściwą zabawę. Dzięki Instant Action zostajemy przeniesieni na jeden z pięciu scenariuszy o trzech stopniach trudności. Od razu zostajemy rzuceni na głęboką wodę, gdyż mamy do dyspozycji spory wachlarz broni, poza tym maszyna już znajduje się w powietrzu. Wszystkie mapy są do siebie bardzo podobne, głównie polegają na zniszczeniu wskazanego celu. Muszę przyznać, że zestrzelenie nawet nieuzbrojonego pojazdu zaopatrzeniowego jest nie lada wyzwaniem, oczywiście wszystko dzięki zaawansowanym mechanizmom rozgrywki. Muszę jednak przyznać, że zaraz po treningu Instant Action jest doskonałym trybem do szkolenia swoich umiejętności. Jeśli lubimy prawdziwe wyzwania, możemy skorzystać z Fast Mission, gdzie wszystko generowane jest losowo i nie mamy zielonego pojęcia, na co przyjdzie nam trafić. Przeciwnicy zdarzeń stricte losowych także będą usatysfakcjonowani, wszystko dzięki generatorowi misji, w którym mamy szansę ustawić poszczególne parametry – od scenerii po uzbrojone pojazdy, a nawet obecność prywatnego przewodnika, który będzie nam pomagał w trudnych sytuacjach. Ogromny plus za takie rozwiązania!


Naturalnie, istnieje także sposobność do rozegrania całej kampanii. Można by rzec, że są to pojedyncze misje sklejone razem do kupy tworząc zgrabną całość. Bardzo ciekawie prezentują się odprawy, których czytanie jest niemalże konieczne – zawierają bardzo cenne informacje odnośnie poszczególnych zadań. Kiedy już mamy opanowaną mechanikę nawet na umiarkowanym stopniu zaawansowania, gra nabiera dynamiki i sprawia sporo frajdy. Fabuły zdradzał nie będę, wspomnę tylko, że jest ciekawie poprowadzona i chce się brnąć w nią dalej. Kiedy jednak mamy własny zamysł na historię, możemy stworzyć unikalną kampanię i połączyć przygotowane wcześniej mapy okraszając je efektami naszej wyobraźni.

JESZCZE RAZ, ALE Z PRZYJACIÓŁMI

A-10C Warthog nie obył się także bez trybu wieloosobowego. Nieco ubolewam nad jego realizacją, gdyż nie do końca została on dopracowany tak, jakbym sobie tego życzył. Przede wszystkim do pełni zabawy w multiplayerze trzeba poświęcić kolejne cenne minuty, by ogarnąć cały system komunikacji (możliwa również głosowa!), ale samo doświadczenie płynące z zabawy z innymi graczami nie było aż tak fantastycznym doznaniem, jakiego bym oczekiwał. Przyczyna prawdopodobnie leżała w tym, że każdy prezentował inny stopień zaawansowania w mechanice produkcji.

Nie można zapomnieć, że tytuł to istna kopalnia wiedzy w zakresie militariów. W grze umieszczona została encyklopedia, w której możemy znaleźć bardzo interesujące informacje odnośnie uzbrojenia czy też bojowych pojazdów. Wszystko okraszone zostało dwuwymiarowymi obrazami, ale przecież najbardziej liczy się wartość merytoryczna. A tej zarzucić nie można kompletnie nic. Wielbiciele tematu będą w siódmym niebie. Trzeba pochwalić intuicyjny interfejs, który podpasuje nawet laikom. Same lawirowanie pomiędzy opcjami w kreatorach zrealizowano zaskakująco dobrze.

Graficznie pozycja nie powala, co mnie dotkliwie rozczarowało. Wiem, że to symulator i nie oprawa graficzna jest tu najważniejsza, ale po koszmarnych wymaganiach sprzętowych spodziewałem się czegoś więcej. Nie znajdziemy tu żadnych niesamowitych fajerwerków ani idealnego oświetlenia. Widok kokpitu także nie należy do najatrakcyjniejszych. Stąd też uważam, że wymóg 64-bitowego systemu do zabawy jest co najmniej przesadzony. Usprawiedliwienia w tej materii doszukuję się w szerokiej płaszczyźnie działania – ciężko byłoby zadbać o detale każdego drzewka, pagórka czy domostwa. Bardzo spodobała mi się oprawa audio, konkretnie wszelkie dźwięki wydobywające się z silników, złowrogo wyjące alarmy i eksplozje. Trzeba też pochwalić całkiem niezły głos przewodnika.

A-10C Warthog to produkcja skierowana tylko i wyłącznie do pasjonatów gatunku. I w takich kategoriach muszę ją oceniać. To profesjonalny i realistyczny symulator, przy którym miłośnicy spędzą dziesiątki, jeśli nie setki godzin wypełnionych niepowtarzalnymi doznaniami. Szkoda że polski dystrybutor nie pokusił się o polską wersję językową, dzięki niej tytuł byłby zdecydowanie bardziej przystępny dla polskich graczy. Jeśli lubisz tego typu gry – kupuj bez namysłu. W przeciwnym wypadku zanudzisz się na śmierć.

  • + Profesjonalny symulator lotu
  • + Prawdziwa gratka dla wielbicieli gatunku
  • + Realistycznie odwzorowany kokpit
  • + Masa dobrej zabawy
  • + Przyzwoita fabuła i misje
  • + Rozliczne edytory
  • - Grafika nie powala
  • - Hermetyczna i nieprzyjazna dla przeciętnego gracza
OCENA
9