Ads 468x60px

10.11.2012

Recenzja gry Battleship, czyli inwazja obcych bez Rihanny!

Mój kolega, jako ogromny fan kina wszelkiej maści, ma na swojej półce całą masę DVD z filmami. Obok nich stoją tuziny gier powstałych na podstawie obrazów rodem z wielkiego ekranu. Korzystając z okazji, wyłowiłemBattleship z odmętów chłamu i już na wstępie mogę powiedzieć, iż recenzowana produkcja idealnie potwierdza przykrą regułę, iż egranizacje to próba wyciągnięcia kasy od fanów. W tak beznadziejnego FPS-a nie grałem już dawno.

BATTLESHIT

Na film poszedłem tylko ze względu na usilne prośby drugiej połówki. Z racji obsadzenia w jednej z ról pewnej śpiewającej Barbadoski o wdzięcznym imieniu Rihanna, broniłem się rękami i nogami, aby nie musieć tego oglądać. Oczywiście nie udało mi się wygrać tej nierównej batalii i niestety miałem nieprzyjemność obcowania z żałosnym obrazem. Mimo to sam film jest tysiąc razy lepszy od gry. Teraz już możecie wyobrazić sobie, jak bardzo beznadziejna jest pozycja studia Double Helix.

Gorące i słoneczne Hawaje zostały zaatakowane przez przybyszów z kosmosu. Obcy robią wszystko, by jak najskuteczniej zakłócić odparcie ataku przez ludzką cywilizację. Czyżby kres ludzkości zbliżał się wielkimi krokami? Okazuje się że nie, bowiem do akcji wkraczamy my i dzięki swoim niebywałym umiejętnościom i sztuce wojennej z łatwością posyłamy alienów do piachu. Jak widać, fabuła jest równie atrakcyjna jak kupa na hawajskiej plaży. O historii w Battleship nie można więcej napisać, gdyż jest tak ograniczona, że musiałbym wymyślać bajki.


SŁOŃCE, PLAŻA, ZIMNE DRINKI...

Tytuł oferuje jeden tryb rozgrywki. Cieszmy się, że twórcy nie pokusili się o nic ponad kampanię single, bowiem obojętnie czego by nie wyczarowali, i tak w ostatecznym rozrachunku wyszedłby potwór. Cała zabawa składa się z szeregu pasjonujących misji umieszczonych na wyspach hawajskiego archipelagu. Każda lokacja wygląda niemalże identycznie, stąd bardzo szybko straciłem orientację i nie miałem bladego pojęcia, czy posuwam się naprzód, czy też może powtarzam kolejny raz tę samą misję. Same zadania również nie grzeszą różnorodnością. A to musimy coś wysadzić, a to gdzieś tam dotrzeć lub ochronić konkretny cel. I tak w kółko, bez zbędnych atrakcji, fajerwerków, kobiet opalających się topless i darmowych drinków z parasolką.

W sumie rozgrywka odbywa się na dwóch płaszczyznach – lądowej i morskiej. Ta pierwsza to nudne strzelanie do tępych jak paczka gwoździ wrogów nie mających w sobie krztyny inteligencji. Gdyby pokuszono się o organizację testu IQ, dowolny polityk wygrałby go bez większych problemów. Bitwy morskie zdają się być bardziej ciekawe, jednakże też zalatują nudą na pięć mil i nie dają satysfakcji. Cała mapka podzielona jest na kwadraty, po których przemieszczają się nasze pływające kolosy. Co prawda, wszystko może załatwić za nas zaprzyjaźniona SI, jednak podejrzewam, że obcy albo ją przekupili, albo zindoktrynowali, bowiem zazwyczaj usilnie dąży do naszej klęski. Chciałem czy nie – dzielnie walczyłem na morzu i bez większego wysiłku skopałem zielony tyłek oponentowi. Ponadto przybysze z kosmosu po ubiciu pozostawiają po sobie różnorodne upgrade'y, dzięki którym ulepszamy nasze statki. To doprawdy niesamowite, że goście przylecieli do nas z całym asortymentem pokroju „plus XX obrażeń od torped”.

JAK W SŁONECZNYM PŁOCKU...

Oprawa graficzna jest tak obrzydliwa, że strach na nią patrzeć i nie dostać spazmów. Pięć lat temu zapewne uznałbym ją za średnią, dzisiaj Batlleship to perfekcyjny przykład na to, jak nie powinna wyglądać współczesna produkcja. Pięć typów nieciekawej broni, jakimi możemy dysponować podczas walki z czterema rodzajami kosmitów to zbyt mało, aby to przełknąć, a co dopiero się tym zachwycić. Wszechobecne niewidzialne ściany irytują, natomiast detekcja kolizji woła o pomstę do nieba. Oprawa audio nie wnosi żadnego klimatu do rozgrywki, najlepiej kompletnie ją wyłączyć i puścić coś w tle np. Marsz Pogrzebowy Chopina. Krótko mówiąc – szkoda sił, szkoda czasu, szkoda nerwów. Absolutnie nie polecam, to nie tylko jedna z najgorszych gier tego roku, ale także jedna z gorszych filmówek ostatnich lat. A to oznacza, że gorzej być nie może.

  • + Mój kolega jest wniebowzięty!
  • - Tragiczna fabuła
  • - Obleśna grafika
  • - Niewidzialne ściany i detekcja kolizji
  • - Niegrywalna i nudna
  • - Cena/jakość
OCENA
2

31.10.2012

Recenzja gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów - Edycja rozszerzona, czyli przygód Geralta ciąg dalszy!

Ubiegły rok był bardzo pomyślny dla polskiej branży gier, wiele bardzo dobrych produkcji z rodzimych stajni poszło w świat i świetnie poradziło sobie na niełatwym rynku elektronicznej rozgrywki. Nie da się jednak ukryć, że pomimo sukcesu takich pozycji jak Dead Island czy też Anomaly: Warzone Earth, wszystkie oczy skierowane były na drugą odsłonę przygód Geralta z Rivii. Fakt ten nie dziwi, bowiem marka Wiedźmin to nasz branżowy znak rozpoznawczy za granicą. Studio CD Projekt RED zadowolone z bardzo ciepłego przyjęcia ich dziecka przez posiadaczy komputerów osobistych szybko postanowiło poszerzyć platformowe horyzonty i niedawno ukazał się Wiedźmin 2 przeznaczony na konsolę Xbox 360. Czy było to dobre posunięcie?



WIEDŹMIN W PUDLE X

Już na wstępie mogę pokusić się o stwierdzenie, że bezapelacyjnie tak. Zabójcy Królów na platformę Microsoftu to ten sam wspaniały produkt, z jakim mieliśmy do czynienia prawie rok temu przy premierze wersji pecetowej, okraszony sporą dawką całkiem nowej zawartości i bogatym wydaniem, wcześniej niespotykanym przy grach konsolowych. Co ważne, całość kosztuje śmieszne pieniądze, co jeszcze bardziej wypada na plus - osoby odpowiedzialne za marketing zasługują na uznanie i zaryzykuję stwierdzenie, iż być może konsolowcy doczekają się w końcu małej rewolucji cenowej i wydań pełnych smaczków w postaci pełnoprawnych poradników i map.

Nic nie zmieni faktu, że recenzowana produkcja to wciąż Wiedźmin 2, jakiego od początku pokochaliśmy. Dojrzała, wielowątkowa fabuła, genialne napisane dialogi, wybory moralne, których konsekwencje odczuwamy dopiero po dłuższym obcowaniu z grą, piękna grafika i muzyka oraz najlepszy polski dubbing w historii plus wiele poprawek, usprawnień i konwersja na wysokim poziomie... Wymieniać można długo, jednak warto skupić się na tym, co nowego przynosi nam Edycja Rozszerzona.

GERALT POSZERZA HORYZONTY

W recenzji wersji pecetowej dość mocno rozczarował mnie Akt trzeci, krótki i odstający jakością od poprzednich. ER znacznie wydłuża jego trwanie o kilka godzin, przygoda została wzbogacona o nowe questy i wątki poboczne. Zaznaczam jednak, że na ostateczny kształt fabularnych zmian w ostatnim epizodzie wpływają nasze wcześniejsze decyzje - to kolejny powód, dla którego warto spędzić z Geraltem, Triss i Zoltanem więcej czasu, niż kilka wieczorów. Jednokrotne zaliczenie polskiego tytułu nie pozwoli nam dostrzec różnorodności ścieżek opowieści.

Jak produkt prezentuje się pod względem mechaniki? Nie da się ukryć, że sterowanie nawet na PC aż prosiło się o podpięcie pada. Na Xboksie gra się niezwykle wygodnie, zręcznościowy model rozgrywki idealnie pasuje do kontrolera maszynki Microsoftu. Oczywiście, do obłożenia przycisków trzeba się najzwyczajniej w świecie przyzwyczaić, lecz już po jednej sesji gracz jest w stanie wszystko opanować bez zbędnych frustracji. Ponadto mamy możliwość całkowitego skupienia ataku na konkretnym przeciwniku, co jeszcze bardziej ułatwia sprawę. Wciąż jednak potyczki nie są jedynie bezmyślną młócką i sieczką - konieczna jest taktyka i umiejętne uniki. Walka z kilkoma wrogami jednocześnie wymusza odpowiednie wyważenie ofensywy i defensywy przy jednoczesnym stosowaniu znaków i petard oraz sprowadzania oponentów w zastawione pułapki. Poziom trudności nie zmienił się zbytnio, o ile na najniższym walka nie sprawia większych problemów, to już na "normalu" nie ma mowy o jakiejkolwiek formie pasywności.




POŁATANY GERALT

Edycja Rozszerzona Zabójców Królów wita nas pierwszorzędnie wykonanym intro i żegna równie świetnym outro. Tego zabrakło w pierwszej wersji gry, stąd też należą się pochwały. Co więcej, podczas rozgrywki ujrzymy kilka zupełnie nowych przerywników filmowych, jakich wcześniej nie mieliśmy szansy zobaczyć. Poza tym dodano walki na arenach, delikatnie poprawiono balans poziomu trudności, usunięto pomniejsze bugi w questach, wprowadzono skrzynie na rozmaite rupiecie i wiele, wiele więcej poprawek i usprawnień. Wszystko to konsolowcy otrzymują z miejsca, posiadacze blaszaków albo muszą kupić ER, albo też ściągnąć kolosalnego patcha (10GB!), dorzucającego do podstawki wszystkie nowości. Wszystko to za darmo i bez ukrytych opłat, za co powinniśmy dziękować RED-om na kolanach. W dobie drobnych i drogich DLC taki zabieg to prawdziwy skarb i daje nadzieję, że twórcy w przyszłości będą szanować klienta tak samo, jak nasi rodacy.

Przyznam się szczerze, iż nieco obawiałem się o optymalizację xboksowego Wiedźmina. Szybko okazało się, że niesłusznie - wszystko śmiga bez większych zgrzytów, okazjonalne spadki płynności są w zasadzie niezauważalne i absolutnie nie przeszkadzają w zabawie. Doczytywanie lokacji trwa raptem kilka sekund, co nie burzy ciągłości rozgrywki i to nawet bez zainstalowanej gry na konsoli! Pozycja z miejsca doczytuje elementy otoczenia i w ogóle nie odczuwa się spowolnień wynikających z tego tytułu, czego nie można było powiedzieć o edycji na komputery osobiste.

Oprawa graficzna recenzowanej produkcji stoi na naprawdę wysokim poziomie. Oczywiście, o szczegółowości pecetowego ultra nie ma mowy, jednakże oprawa wciąż cieszy oko. Odnosząc się do ustawień PC, określiłbym ją na średnim poziomie, co jest, jak dla mnie, wynikiem nader satysfakcjonującym. Można kręcić nosem na tekstury w niższej rozdzielczości i miejscami dość niefortunne cieniowanie, ale wierzcie mi, naprawdę nie ma powodów do zbytnich narzekań. Co prawda, Xbox 360 może pochwalić się ładniejszymi produkcjami, jednak Wiedźmin nie pozostaje w tej materii daleko w tyle.



PIEŚŃ BIAŁEGO WILKA

Oprawa dźwiękowa wciąż stoi na bardzo wysokim poziomie. Poszczególne utwory nadają całości niepowtarzalnego klimatu i są doskonale dobrane pod wydarzenia mające miejsce na ekranie. Łopot skrzydeł odlatujących ptaków, szczęk mieczy, szelest roślinności i odgłosy rozmaitych maszkar - profesjonalne udźwiękowienie sprawia, że w tytuł gracz wsiąka i nie chce z niego wyjść. Do tego należy koniecznie wspomnieć o fenomenalnym dubbingu, głosy postaci dobrano doskonale, a aktorzy perfekcyjnie wczuli się w powierzone im role. Wiedźmin 2 jeszcze długo będzie wyznacznikiem tego, jak powinna prezentować się pełna polska wersja językowa.

Nie wszystkie błędy zostały poprawione, lecz są to raczej kosmetyczne drobnostki. Czasami gra doczytywała tekstury na moich oczach (choć po zainstalowaniu gry na konsoli zdarzało się to dużo rzadziej). Minimapa nie ma głównego znacznika, przez co jej przydatność jest wątpliwa, a nadto niekiedy miałem problemy z interakcją ze środowiskiem. Niektóre skrzynie wymagają większej gimnastyki z Geraltem, aby ustawić go w odpowiedniej pozycji i otworzyć pudła. Osobiście uważam to za pierdółki niezbyt wpływające na ocenę końcową.

W ogólnym rozrachunku Wiedźmin 2 na Xboksa 360 to operacja udana. Choć tytułowi brakuje kilku szlifów, to i tak jest to jedna z najlepszych gier RPG (jeśli nawet nie najlepsza) przeznaczona na platformę giganta z Redmond. Przygody Geralta cieszą, absorbują i zaskakują. To gra na wiele wieczorów i bezsennych nocy, których nie żałuję. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Zabójcami Królów, zróbcie to koniecznie. Gratulacje dla CD Projekt RED, bowiem dzięki swojemu zaangażowaniu mają szansę wpłynąć na kształt rynku elektronicznej rozgrywki. Nie tylko ze względu na cenę, jakość i zawartość produktu, ale też podejście do gracza. A to jest przecież najważniejsze.

  • + Rewelacyjna fabuła
  • + Wybory moralne i questy poboczne
  • + Genialne dialogi
  • + Fenomenalny dubbing i świetne audio
  • + Dobra grafika
  • + Poprawki i bonusy
  • - Doczytywanie tekstur
  • - Nie wszystko udało się poprawić
OCENA
9.5

24.10.2012

Recenzja gry Amy, czyli prowadzimy dziewczynkę za rączkę!

Amy... Ta dziewczynka będzie kradła moje sny, wyniszczy psychikę doszczętnie, zamorduje wszelkie szare komórki i w końcu postradam zmysły. Nienawidzę jej. Ona jest koszmarem! Prawdziwym, powracającym jak bumerang koszmarem! Spędziłem z nią raptem jedną noc i z bólem przyznaję, że była to moja najgorsza randka w życiu. Co gorsza, nie była ona przymusowa. Dlaczego więc postanowiłem się na nią udać? Mogłem przecież rzucić wszystko, uciec jak najdalej, a jednak poświęciłem swój czas, nerwy i nieprzespaną noc, aby przestrzec Was przed tą małą, niepozorną dziewczynką o imieniu Amy, którą można kupić na Xbox Live i PlayStation Network. Tak, ta dziewczynka jest na sprzedaż i ma tyle kopii, iż boję się, że świat czeka zagłada. Strzeżcie się...

NIENAWIDZĘ AMY

Produkcja o nazwie Amy miała być w zamierzeniu twórców survival horrorem. Jak to zazwyczaj bywa – gra nie przeraża, frustruje i powoduje nieoczekiwane ataki agresji, białej gorączki i drgawek. Recenzja, którą macie przed oczami, będzie wylaniem żalu i nostalgii, bowiem pomysł na rozgrywkę jest zaskakująco fascynujący, z kolei jego wykonanie w każdym aspekcie zostało położone z taką dbałością o szczegóły, że nie sposób dopatrywać się tu najdrobniejszych plusów. Po prostu się nie da...



Tytułowa bohaterka jest cierpiącą na autyzm dziewczynką przebywającą w dziwnym, owianym tajemnicami ośrodku. W końcu pojawia się wybawicielka o imieniu Lana, która porywa dzieciaka z niepokojącego miejsca. Obie wsiadają do pociągu, by schronić się w mieście Silver City, jednakże pechowe zrządzenie losu sprawia, że ich środek transportu wykoleja się z powodu nagłej eksplozji. W tym momencie następuje koniec sielanki i rozpoczyna walka o przetrwanie na... dworcu kolejowym. Całość została przedstawiona w niespotykanie obrzydliwy sposób. Rozumiem, że Amy cierpi na autyzm i jej wyraz twarzy nie musi wyglądać pierwszorzędnie, ale Lana to zdrowa (chyba...) na ciele i umyśle kobieta. Tymczasem jej mimika wskazuje na to, że jest albo chora psychicznie, albo ma „te dni”. Istnieje też prawdopodobieństwo, że osoby odpowiedzialne za animacje to skrajne beztalencia. Ach, to bardzo prawdopodobne.

NAPRAWDĘ JEJ NIE CIERPIĘ!

Ludzie odpowiadający za scenariusz z pewnością są fanami kiepskiego kina klasy B, które w zamyśle ma przerażać, a w rzeczywistości śmieszy. Mamy tu różne maszkary w postaci mutantów i zombie, jakichś fanatyków dziwnego kultu, no i oczywiście danie główne – Amy, biedną, autystyczną dziewczynkę, która sprawia wrażenie totalnie nieogarniętej, choć obdarzonej niesamowitymi zdolnościami, jakich pospolity ludzki umysł nie jest w stanie pojąć. Sam rozwój fabuły jest mocno szczątkowy, bzdurny i pasjonujący równie mocno, co oglądanie wszystkich sezonów Mody na Sukces wraz z powtórkami i powtórkami powtórek.




Wbrew pozorom nie będziemy animować Amy, lecz jej wybawicielkę. Zadaniem Lany jest chronienie dziewczynki na wszelkie możliwe sposoby (a tych jest naprawdę niewiele). Środowisko gry jest skażone, stąd też niezbędna jest swoista symbioza dwóch bohaterek – dziecko posiada leczące moce, które zapobiegają mutacji opiekunki w bezmózgą poczwarę. Chwila, chwila... To przecież brzmi nieźle, prawda? Zaiste, brzmi wyśmienicie. Problem polega na tym, że cała mechanika została wykonana w sposób fatalny, beznadziejny i makabrycznie nieintuicyjny.

Kanonadę narzekań zacznijmy od żałośnie zrealizowanej walki. Wierzcie mi, ciężko jest powalić przeciwnika, przez którego przenika broń nie czyniąc mu absolutnie żadnych szkód. Jeszcze gorzej się dzieje, gdy my otrzymujemy wydumane obrażenia, gdy tymczasem oponent ewidentnie nas nie trafił. To chyba pierwsza gra, w której przeciwnicy tak bezczelnie czitują, jak Matkę kocham! Metalowa rura Lany służąca jej jako podstawowy oręż pojawia się nagle znikąd podczas walki i równie szybko się rozsypuje. Prawdopodobnie zombiaki i reszta tej obleśnej menażerii ma czerepy ze stali. Żeby metal rozpływał się po kilku trafieniach? Niech to szlag, nienawidzę cziterów!



AMY TO %*^#@^*&

Kolejną bolączką jest najgorzej zrealizowane sterowanie na świecie. Jeszcze w żadnej grze nie byłem zmuszony wciskania kilku przycisków naraz przy jednoczesnej pracy analogiem. Sprawę pogarsza fakt, że odłączenie się od Amy może przynieść bardzo nieprzyjemne konsekwencje, dlatego wypadałoby biec wraz z dziewczynką. Tutaj – NIESPODZIANKA! - trzeba dodatkowo użyć kolejnego guzika. Komuś ewidentnie zależało, by pokomplikować życie graczom jak najbardziej się da. Udało się w stu procentach, gratulacje!

W atmosferze zaszczucia i niepokoju każdy z nas miałby ochotę wyrwać się z takiego ponurego miejsca, jakim jest zrujnowany dworzec. Lana i Amy są bardziej ambitne i wszystkie czynności wykonują z prędkością zdezelowanego wózka widłowego. Tak ślamazarnej rozgrywki ze świecą szukać. Naprawdę rozumiem, że bieganie na obcasach to trudna sztuka, jak byłem mały to sam próbowałem z mizernym skutkiem. Ale przy tych okolicznościach prędkość bohaterów to istna kopalnia kuriozum i zbędnych atrakcji. Na dodatek Lana bez żalu w niepohamowanym przypływie adrenaliny blokuje się na małym kamyczku, co jeszcze bardziej doprowadza do szewskiej pasji. Sprawy nie ratuje też kamera, która uwielbia zawodzić, a jej przestawienie skutkuje fatalnymi przycinkami.

Sztuczna inteligencja wywołuje kolejną salwę śmiechu, która po chwili przeradza się w morze tragizmu sytuacyjnego. Wiem, że Amy jest chorą dziewczynką i nie należy się z niej nabijać, ale to co wyprawia (a raczej odpowiedzialna za nią SI) przechodzi ludzkie pojęcie. Dzieciak idzie w ślady opiekunki i przykleja się do kamyczków, obija się o ściany jakby dopiero opuściła alkoholową libację i, co najgorsze, wspaniale się spisuje jako wabik na wrogów, których przyciąga jak magnes biurowe spinacze. Niesamowite moce Amy przydają się raz na ruski rok, na dodatek ich potencjał również nie został wykorzystany nawet w małym stopniu. Co więcej, w każdym rozdziale dziewczynka musi ponownie je poznawać, co powoduje, że cała ta otoczka nadnaturalnych właściwości traci sens.

IDŹ DO DIABŁA, AMY!

Cała gra sprowadza się do błądzenia po planszach w poszukiwaniu jakiejś sensownej ścieżki. Giniemy często, co nie byłoby aż tak frustrujące, gdyby nie żałosny system zapisu gry. Punkty kontrolne pojawiają się rzadko w konsekwencji czego niejednokrotnie powtarzałem ten sam etap modląc się, by w końcu dotrzeć do miejsca automatycznego zapisu. Gorsze rzeczy dzieją się, gdy postanowimy zrezygnować z zabawy w trakcie rozgrywania rozdziału. Wtedy zaliczone punkty kontrolne przepadają w odmętach świata Amy i musimy rozpoczynać zabawę na konkretnym etapie od samego początku z pustym ekwipunkiem. Przez to wszystko produkcja, którą można ukończyć w około cztery godziny wydłuża się do nudnych dziesięciu.


Technologicznie Amy jest brzydka jak noc i prezentuje standardy z 2003 roku. Wspomniałem już o żałosnej mimice twarzy, teraz dodam tylko, że cała reszta animacji bije po oczach nienaturalnością, co idealnie widać podczas biegu Lany. Mam wrażenie, że ta kobieta miała połamane większość kości, a jakiś niedoświadczony lekarz je nieudolnie poskładał. Design plansz jest schematyczny, a co za tym idzie, nudny. Zewsząd atakuje nas mrok, przez co zawieszanie się na niewidzialnych przeszkodach doprowadza do prawdziwego obłędu. Muzyka w grze praktycznie nie istnieje, natomiast dźwięki otoczenia napawają grozą z siłą równą wizerunkowi Hello Kitty na bluzie osiedlowego dresa.

Pomysł na recenzowaną produkcję był naprawdę dobry. Niestety, jego realizacja jest tak żałosna, że ciężko jest mi to przeboleć. Amy to doskonały przykład na to, że dobre pomysły powinno oddawać się w obce ręce, które będą w stanie nadać im odpowiednią formę. Bo to, co zrobiło z nią Vector Cell, które jest producentem owego tworu, to istny skandal. Gra kosztuje około 30 złotych, co pozornie nie jest wygórowaną ceną, jednak wierzcie mi – to mogą być najgorzej wydane pieniądze w Waszym życiu. Lepiej kupcie za to zgrzewkę mleka, czy czego tam wolicie. Ja uradowany z ukończenia recenzji Amy mogę bez żalu o niej zapomnieć. Wy z kolei wymarzcie z pamięci, że coś takiego jak Amy w ogóle powstało.

  • + Pomysł
  • - Wykrywanie kolizji
  • - Technologiczne zacofanie
  • - Niewykorzystany potencjał
  • - Animacje i mimika twarzy
  • - System walki to dno
  • - Żałosny system zapisu gry
OCENA
1