GDY PRZYLECĄ ROZWALIĆ DOM...
Zanim przejdę do właściwej recenzji, czuje się zobligowany do wtrącenia paru słów od siebie. W świecie elektronicznej rozrywki widzieliśmy już naprawdę wiele, poznawaliśmy niebanalne postacie, wchłanialiśmy sugestywne klimaty, zagłębialiśmy się w intrygujące wątki fabularne i podziwialiśmy realistyczną grafikę i fizykę. Choć twórcy z pewnością nie powiedzieli ostatniego słowa w poszczególnych aspektach swoich produkcji, to jednak warto zacząć zastanawiać się, co tak naprawdę sprawia, że gra uzyska status kultowej i będzie się o niej mówiło przez kolejne lata. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, iż to emocje decydują, jak trwałe będą nasze wspomnienia związane z danym tytułem. Mass Effect 3 dostarcza ich hurtową ilość i absolutnie nie oszczędza gracza. Gniew, strach, współczucie, żal, radość – jeśli podczas obcowania z grą tego nie czułeś, to gratuluję odporności i/lub współczuję serca z kamienia.
W trzeciej odsłonie serii ponownie wcielimy się w postać Komandor(a) Shepard(a) (pozwolę sobie dalej używać męskich końcówek, gdyż taką grałem postacią), który po ataku na siedzibę Rady Przymierza zostaje przywrócony do służby przez generała Davida Andersona. Rozkazy są jasne i klarowne – zebrać jak największą flotę, przekonać wiecznie ignorującą nas Radę do pomocy i zjednoczyć wszystkie rasy w celu pokonania wspólnego wroga. Nie jest to jednak proste, bowiem nawet tak ogromne zagrożenie nie pozwala zapomnieć poszczególnym rasom o przeszłości i wzajemnych utarczkach. Kroganie wciąż żywią urazę do turian i salarian z tytułu opracowania genofagium, quarianie muszą uporać się z ich własnym tworem – gethami, na domiar złego przywódca proludzkiej organizacji Cerberus, Człowiek Iluzja ma nieco odmienne zamiary odnośnie Żniwarzy i tym samym staje w opozycji przeciw bohaterowi. Szybko okazuje się, że największe zagrożenie w historii galaktyki potrafi nie tylko afiszować swoją niezwykłą siłę ognia, ale także posługuje się rozmaitymi sztuczkami, przez co nasi przyjaciele niejednokrotnie się od nas odwrócą, a nawet z chęcią poślą nas do piekła.
I NEED A HERO
Grę rozpoczynamy od tradycyjnego wyboru parametrów postaci, szybko ustalamy imię bohatera, płeć, przeszłość oraz, co ciekawe, możemy wybrać straty w boju. Dotyczy to osób, które nie posiadają zapisu z drugiej części trylogii. Jeśli takowy mamy na stanie, możemy przenieść naszą postać do „trójki”. Niektórzy skarżyli się, że import save'a sprawiał im problemy, w moim przypadku przebiegło wszystko sprawnie i nie uświadczyłem żadnych problemów w tej materii. Wbrew obiegowej opinii, nasze wybory w poprzednich częściach mają spory wpływ na wydarzenia i dialogi obecne w trzeciej odsłonie, jednak aby w pełni to docenić, należy przejść grę dwa-trzy razy z importem różnych postaci. Jeszcze przed rozpoczęciem zabawy twórcy dali nam wybór pomiędzy trzeba wersjami rozgrywki. Decydując się na Akcję skupimy się głównie na strzelaniu, natomiast fabuła będzie szła z góry wyznaczonym torem, nie będziemy mieli wpływu na jej rozwój, nie zawracamy sobie także głowy rozdzielaniem punktów umiejętności. Przeciwnym wariantem jest Fabuła, gdzie na spokojnie możemy zagłębić się w opowieść i dobierać opcje dialogowe wedle własnego uznania, a starcia z przeciwnikami nie stanowią większego wyzwania. Najbardziej optymalnym modelem zabawy jest RPG, gdzie mamy kontrolę nad wszystkimi aspektami gameplayu. Ten wybór nie jest jednak wiążący – ustawienia można zmienić w dowolnym momencie z poziomu menu opcji.
Pod względem rozgrywki Mass Effect 3 przypomina poprzednie części, choć bardziej zbliża się do modelu z drugiej odsłony. Nie obyło się jednak bez zmian, które zdecydowanie wypadają na plus. Skład załogi został okrojony w stosunku do poprzedniczki i podczas wyboru teamu przed misjami będziemy mieli sześć (posiadacze DLC From Ashes – siedem, ale o tym za chwilę) zróżnicowanych postaci do zaangażowania w zadanie. Może wydawać się to posunięciem wręcz beznadziejnym, lecz przyznam szczerze, że jakość i przydatność bojowa drużyny absolutnie rekompensuje jej liczebność. W grze pojawią się też bohaterowie z misji samobójczej i pomagają nam na swój sposób – dołączając do sił naszej finalnej floty, albo też odgrywają inne, bardzo ważne role. Wielbiciele i wielbicielki Thane'a, Mirandy, Jack i reszty ferajny mogą spać spokojnie, niejednokrotnie przyjdzie nam z nimi porozmawiać i poznać ich dalsze, niekiedy zaskakujące losy.
SO BABY, TALK TO ME...
Trzeba koniecznie wspomnieć, że obok znanych i lubianych person pojawią się zupełnie nowe, również na pokładzie odświeżonej i dostosowanej pod najnowsze standardy Przymierza Normandii. Pierwszą z nich jest James Vega, wielki osiłek, nieco zadufany w sobie i szorstki w obyciu. Kelly Chambers ustąpiła miejsca Samancie Traynor, która przejęła jej niektóre obowiązki. Poza tym możemy zaprosić na pokład Dianę Allers, dziennikarkę kręcącą programy o walce ze Żniwiarzami, natomiast Steve Cortez będzie niezawodnym pilotem promu, jaki nie raz wyciągnie nas z opresji. To, co mnie bardzo mile zaskoczyło to fakt, że załoga statku w końcu zaczęła żyć. Poszczególne postacie nie siedzą cały czas w jednym, z góry ustalonym miejscu. Często spotykają się na pogaduszki, które słucha się z przyjemnością.
System dialogów prezentuje się jak dawniej, nadal wybieramy pożądane opcje z kołowego menu. Jedyną różnicą jest to, że jeśli wypytamy konkretną postać o wszystko, uruchomienie menu nie jest możliwe, zamiast tego pojawi się zwykły komentarz (jak na zasadzie rozmowy z Zaeedem). Jest to bezwzględna oszczędność czasu, notoryczne wchodzenie w opcje dialogowe tylko po to, by dowiedzieć się o braku nowych rozmów bywało irytujące. Oczywiście, niektóre rozmowy są bardzo ważne i możemy powtarzać je w nieskończoność, gdyby coś nam umknęło. Trzeba pamiętać też o aktualizowanym na bieżąco Leksykonie, gdzie pojawiają się cenne informacje, co już jest tradycją serii. Istnieją także możliwości romansu i tutaj mamy większe pole do popisu, bowiem flirtować możemy ze znaczną częścią załogi. Ponadto Shepard ma szansę także wejść w relacje z pewnymi osobami tej samej płci. Nadal w niektórych sytuacjach posługujemy się reputacją – system Paragon/Renegat wciąż odgrywa znaczącą rolę.
PODRÓŻE MAŁE I DUŻE
Przez całą grę będziemy zasilać szeregi poszczególnych flot kolejnymi oddziałami. Robimy to na wiele różnych sposobów, od wykonywania questów głównych i pobocznych, po odnajdywanie nowych rekrutów na niezbadanych planetach i popieraniu konkretnych osób podczas dyskusji. Dla przykładu – dwoje przyjaciół rozprawia o ewentualnym przyłączeniu się do walki ze Żniwiarzami. Jeden z nich uważa to za obowiązek, drugi wyraża obawy odnośnie własnego niedoświadczenia. Od naszego poparcia zależy, czy i do jakiej grupy dołączą owi rozmówcy. Takich sytuacji jest naprawdę wiele, zwłaszcza na Cytadeli. Podczas zwykłej przechadzki możemy podsłuchać rozmowę, dzięki czemu zyskamy kolejny quest poboczny do wykonania. Warto więc zaglądać w każdy kąt i pobiegać nieco wśród tłumu. Zrezygnowano z minigier w postaci hakowania i dopasowywania segmentu kodu. W mojej opinii to dobre posunięcie – o ile początkowo był to miły przerywnik, to odblokowywanie obwodów przy każdej możliwej okazji szybko stawało się nużące.
Sama eksploracja układów uległa usprawnieniu. Normandia nie musi już lądować na każdej planecie w poszukiwaniu zasobów w postaci platyny czy irydu. Zamiast tego skaner uruchamiamy z poziomu układu, jeśli w jego zasięgu znajduje się coś interesującego, zostajemy o tym poinformowani i dopiero wtedy szukamy anomalii. Mogą to być artefakty niezbędne do wykonania misji, spory zastrzyk kredytów, paliwo lub też zasoby wojenne. Nie jest jednak tak kolorowo, bowiem każde uruchomienie skanera wzmaga czujność Żniwiarzy, przez co często musimy uciekać z układu, by nie dopadła nas potężna flota niszczycieli.
Wspomniana już Cytadela również przeszła metamorfozę. Oczywiście swoje lata świetności ma już za sobą (każdy wie dlaczego), jednak tym razem porusza się po niej dużo wygodniej. Zrezygnowano z szybkiej kolei i przywrócono windę, dzięki której błyskawicznie przemieścimy się pomiędzy sześcioma różnymi poziomami. Poszczególne lokacje jak Prezydium i Ambasady także uległy zmianom i porusza się po nich bardzo wygodnie. Twórcy zrezygnowali też z plączących się pod nogami towarzyszy, których obecność ograniczała się do kilku komentarzy na krzyż. Teraz załoga bez żalu schodzi z pokładu Normandii, by odpocząć w różnych zakątkach, Shepard z kolei może do każdego dołączyć i nieco pogawędzić.
W czasie podróży odwiedzimy inne znane lokacje takie jak Tuchanka i kolonia Horyzont, ale o recyklingu plansz nie ma mowy – wszystko zostało zaprojektowane od nowa i jest jeszcze bardziej atrakcyjnie, niż wcześniej. Pojawią się też miejscówki, na których niegdyś nie postawiliśmy swojej nogi. Niektórym będzie przeszkadzać liniowe wykonanie lokacji, jednakże trzeba docenić warstwę wizualną. Porośnięta bujna roślinnością ojczyzna salarian jest naprawdę piękna, jednak jeszcze większe wrażenie robi planeta Palaven obserwowana z księżyca Manae, gdzie pojawił się potężny niszczyciel Żniwiarzy. W grze znajdziemy dużo miejsc, na których krajobrazy warto zawiesić oko, w zasadzie już Ziemia na początku gry robi niemałe wrażenie.
WIĘC CHODŹ, ZDEMOLUJ MI ŻYCIE...
System rozwoju postaci na pierwszy rzut oka wygląda identycznie jak w poprzedniej części, jednak został on nieco powiększony. Podczas przydzielania punktów do konkretnych mocy rozwija nam się lista z dostępnymi rozszerzeniami. Od czwartego poziomu sami wybieramy spośród dwóch opcji, jakie parametry konkretnej mocy chcemy ulepszyć. Oczywiście, im bardziej rozwinięta umiejętność, tym więcej punktów wymaga do upgrade'a. Jeśli uznamy, że niewłaściwie rozdysponowaliśmy skill pointy, możemy je zresetować w stacji medycznej, co pozwala na testowanie różnych taktyk. Chyba nie muszę mówić, że na wyższych poziomach trudności jest to naprawdę przydatne?
A jak wypadają starcia w praktyce? Akcja jest intensywna, gęsta i naprawdę przyjemna. Umiejętne łączenie mocy towarzyszy i własnych bywa kluczem do pokonania naprawdę mocnego przeciwnika. Twórcy również tutaj wprowadzili kilka zmian. Shepard w końcu potrafi się turlać (co niejednokrotnie może uratować życie, wierzcie mi) oraz płynnie przemieszczać między kolejnymi osłonami. Walka wręcz nabrała niezłego smaku za sprawą urządzenia zwanego Omni-bladem, które nie tylko zadaje obrażenia, ale też odrzuca niektórych wrogów. Bardzo często po stronie oponenta można odnaleźć generatory bariery wspomagające nieprzyjaciela dodatkowymi osłonami. Możemy je zniszczyć lub znaleźć się w ich zasięgu i korzystać z bonusowej ochrony.
W grze staniemy naprzeciw trzech całkowicie różnych frakcji dysponujących rozmaitymi oddziałami. Żołnierze Cerberusa, prócz zwykłych Szturmowców, wspomagani są między innymi Inżynierami rozstawiającymi wieżyczki strażnicze oraz Atlasami – potężnymi mechami. Gethy przysporzą nam kłopotów za sprawą Piro uzbrojonych w miotacze ognia oraz doskonale opancerzonych Behemotów. Najciekawiej jednak prezentują się rozliczne oddziały Żniwiarzy, ich projektanci zasługują na uznanie. Najsłabszą jednostką są Kanibale mające wkomponowane w ramię... ludzkie ciało. Grasanci to porwani i przetworzeniu turianie potrafiący wspomóc swoimi tarczami słabszych sojuszników. Brutale jednym ciosem powalają oponenta na ziemię, mimo swoich gabarytów są zaskakująco szybcy i ciężko umknąć ich szarży. Do tej plejady maszkar dołączają potężne biotyczki asari – Banshee, oddziały zindoktrynowanych Raknii, klasyczne zombie i kilkoro innych, śmiertelnie niebezpiecznych i genialnie zaprojektowanych przeciwników.
JEDEN SHEPARD, TYSIĄCE ŻNIWIARZY...
Seria Mass Effect zawsze mogła poszczycić się niesamowitym klimatem świetnie wykreowanego uniwersum. Nie inaczej jest w przypadku recenzowanej „trójki”. Twórcy postanowili dorzucić do niego coś jeszcze – bezczelnie i dosadnie grają na naszych emocjach ukazując sceny, przy których tylko prawdziwy kroganin nie potrafiłby się wzruszyć. Największy wybuch rozmaitych uczuć towarzyszy podczas samego finału, gdzie w graczu rodzi się milion pytań i rozpaczliwie będzie szukał na nie odpowiedzi. Gwarantuję, że je znajdzie, może nie od razu, bo to wymaga pewnych przemyśleń i skojarzenia wielu faktów. Czy o klasie gry nie świadczy zakończenie wymagające głębokich rozważań i analizy? Po przygodzie z Mass Effectem 3 nie sposób rzucić gry w kąt i o niej zapomnieć. Powiem więcej – apetyt rośnie jeszcze bardziej.
Po raz pierwszy w historii serii pojawił się tryb multiplayer. Początkowo miałem wątpliwości co do jego jakości, lecz wszelkie obawy szybko odeszły w niepamięć. Zabawa polega na doskonale znanym trybie hordy dla maksymalnie czterech graczy jednocześnie. Podczas jedenastu fal musimy utrzymać pozycję odpierając kolejne ataki coraz to silniejszych przeciwników. Co trzy fale przyjdzie nam wykonać dodatkowe zadanie w postaci hakowania czy też likwidacji konkretnych celów (naturalnie wciąż jesteśmy pod ciągłym ostrzałem). Każde zabójstwo zapewnia określoną ilość doświadczenia, do tego dochodzą rozmaite bonusy za wykonanie wytycznych w postaci dodatkowych punktów exp i kredytów, za które dokonujemy zakupu paczek ze sprzętem, ulepszeniami i kolejnymi postaciami (można wcielić się w przedstawicieli różnych ras). Co ciekawe, nasze dokonania w multi mają wpływ na kampanię single, każdy zwycięski mecz oznacza kontrolę nas obszarami objętymi działaniami wojennymi. Ma to wpływ na procent oddziałów zebranej floty, która dotrze z pomocą w finalnej misji przygód Sheparda. W ogólnym rozrachunku tryb multiplayer wypada mocno na plus i daje naprawdę dużo świetnej zabawy.
Wiele osób rozczarowało pojawienie się pierwszego DLC do gry równo z dniem jej premiery. Taka polityka od dawna budzi kontrowersje i to nie dziwi. Posiadacze edycji kolekcjonerskiej i cyfrowej edycji deluxe mogą cieszyć się dodatkiem za darmo, reszta musi go dokupić. Owe rozszerzenie wprowadza całkiem nowego członka drużyny – proteanina imieniem Javik, który rzuca zupełnie nowe światło na jego rasę. Prócz tego gracze otrzymali całkiem nową misję i powrócą do doskonale znanej kolonii Eden Prime. Osobiście uważam, że sama postać Javika jest niezwykle ważna i ewidentnie powinna być zawarta w podstawowej wersji gry.
TAKE EARTH BACK!
Mass Effect 3 w materii technicznej nie jest wolny od błędów, ale są to naprawdę drobne niuanse. Czasami Shepard blokuje się między postaciami, by za chwilę wejść im na głowę. Zdarzają się drobne przekłamania graficzne, choć doświadczałem ich bardzo rzadko. Raz nie byłem w stanie użyć jakiejkolwiek mocy, lecz ta dolegliwość po kilku minutach zniknęła i więcej się nie powtórzyła. W lawinie plusów owe błędy są naprawdę mało znaczące i wspominam o nich z czysto recenzenckiego obowiązku. Tym bardziej, że optymalizacja w wersji PC stoi na bardzo wysokim poziomie, żadnych ścinek, chrupnięć i spowolnień na najwyższych możliwych detalach i rozdzielczości. Ponadto wymagania sprzętowe są naprawdę niewygórowane i gra pójdzie nawet na kilkuletnim komputerze.
Graficznie ME 3 stoi na poziomie części drugiej, jednakże dużo ładniejsze i bogatsze krajobrazy rozpościerające się aż po horyzont potrafią zaprzeć dech w piersiach. Od czasu do czasu oczy zostają zaatakowane teksturami w niskiej rozdzielczości, co dotyczy głównie pancerza na dużych zbliżeniach. Wybuchy i animacje nie pozostawiają wiele do życzenia, na wszystko patrzy się z niemałą przyjemnością. Obcy nadal zadziwiają pomysłowością wykonania, natomiast modele Żniwiarzy to absolutny miszmasz. Oprawa audio również dorzuca swoje trzy grosze do klimatu produkcji, usłyszymy kilka znanych utworów oraz całkiem nowe, równie fenomenalne ścieżki doskonale dobrane pod poszczególne aspekty rozgrywki. Soundtrack z recenzowanej produkcji ewidentnie dorzucam do listy ulubionych.
Kwestią sporną pozostaje ocena. Nie ma gier idealnych, Mass Effect 3 również nią nie jest. Na tytuł muszę patrzyć dwojako – recenzencki rozum woła o 9,5 punktu, serce gracza nie przyjmuje niższej noty niż 10 oczek.BioWare stworzyło grę, która mnie całkowicie połknęła, przeżuła i wypluła pozostawiając na pastwę nadziei, że to może jednak nie koniec przygód Sheparda. To druga pozycja, z jaką miałem do czynienia, w jakiej każda chwila była niesamowitym przeżyciem, a finał opowieści skłonił do głębokich i intensywnych przemyśleń. Tego właśnie oczekuję w tym momencie od gier, bowiem mało który tytuł potrafił mi zapewnić choć cząstkę takich doznań. Tym razem zaufam sercu, a rozum odsyłam na sam początek trylogii. Może uda mi się uratować poległych i zmienić bieg wydarzeń...
- + Prześwietna fabuła
- + Dobra grafika
- + Miodna muzyka i dubbing
- + Niesamowity klimat uniwersum
- + Usprawnienia względem poprzedniczki
- + Bardzo grywalne multi
- + Rewelacyjne zakończenie...
- - ...które nie każdemu przypadnie do gustu
- - Drobne bugi techniczne
- - DLC pierwszego dnia? No way!









