W zalewie rozmaitych kontynuacji i
tytułów bazujących na znanych i lubianych produkcjach, pojawienie
się na rynku nowej marki zaczyna urastać do rangi wydarzenia
miesiąca. Jest to jednak wytłumaczalne - gracze wolą dostać to,
co już widzieli mając pewność, że pozycja z ulubionym bohaterem
lub mechaniką rozgrywki z pewnością przypadnie im do gustu. Czy w
świecie elektronicznej rozrywki jest miejsce dla Dishonored?
ZNIESŁAWIONY
Okazuje się że tak, bowiem
recenzowany tytuł jest dzielnym przedstawicielem gatunku skradanek.
Gatunku, który na gwałt potrzebował dobrego reprezentanta, bowiem
tego typu gier jest po prostu jak na lekarstwo. Fani legendarnego
Thiefa czy też Deus Eksa z pewnością spędzą przy Dishonored masę
czasu bawiąc się wyśmienicie, cała reszta powinna pokiwać
głowami i stwierdzić: "tak, tego mi było trzeba".
Realia, w jakich toczy się opowieść,
są naprawdę ciekawe, sam pomysł na fabułę, choć nieco
sztampowy, potrafi wciągnąć. Rzecz dzieje się w czasach, gdy to
świat wkracza w epokę przemysłową. Esmond Roseburrow odkrywa
niezwykłe właściwości tranu, który jest w stanie zapewnić
energię; wkrótce ów surowiec zostaje wykorzystany do celów
militarnych przez Antona Sokolova. Esmond zrozpaczony tym faktem
postanawia popełnić samobójstwo, przez co Sokolov zyskuje jeszcze
większą sławę.
Życie w mieście Dunwall nie należy
jednak do beztroskich, bowiem niespodziewanie wybucha Szczurza Plaga
dziesiątkująca mieszkańców zmieniając ich w płaczki, czyli
swoiste zombie. Miasto zostaje poddane kwarantannie, poszczególne
dzielnice odizolowano, by zapobiec rozprzestrzenianiu się
odpowiednika dżumy. Tymczasem Sokolov opracowuje lekarstwo mające
na celu zredukowanie szansy na infekcję, jednak jego cena jest
zatrważająca i niewielu może sobie na nie pozwolić. Cesarzowa
Jessamine Kaldwin z całego serca pragnie ulżyć w cierpieniu
swojemu ludowi, komuś jednak nie podoba się ten pomysł i w wyniku
spisku władczyni ginie. Winą za zabójstwo zostaje obarczony główny
bohater - Corvo Attano, który odegra kluczową w rolę w
kształtowaniu przyszłości Dunwall.
Zarys fabularny nie brzmi wybitnie,
sama opowieść, choć do najgorszych nie należy, jest poprowadzona
dość kiepsko. Twórcy co prawda potrafią budować napięcie i
zadbali o zwroty akcji, jednak są one strasznie przewidywalne, przez
co element zaskoczenia nie robi na graczu wrażenia. Gdyby nie
bazowano na sztampowych rozwiązaniach fabularnych i pokuszono się o
jakiś powiew świeżości w tej materii, cała opowieść nabrałaby
innych barw. Nie można jednak odmówić całości niespotykanego
nigdzie indziej klimatu.
PLEJADA BEZOSOBOWOŚCI
Kiepsko także wypadają postacie. Sam
Corvo nie należy do bohaterów wybitnych, nie wyróżnia się żadną
cechą osobowości, która zapadłaby nam w pamięć. Podobnie jest z
postaciami niezależnymi - to zwykli szarzy ludzie knujący intrygi,
przepełnieni trwogą i rządzą władzy jednocześnie. Na ich tle
wyróżnia się jedynie Babunia Łach, staruszka ze skrzywioną
psychiką, która jako jedyna pozostała w mojej pamięci na dłużej.
Szkoda, naprawdę szkoda, bo niektórzy NPC-e mieli spore
predyspozycje, by stać się dla gracza kimś więcej niż jedynie
osobami pełniącymi określoną funkcję w społeczeństwie skalanym
przez Plagę.
Motorem napędowym całej zabawy jest
tutaj mechanika gry. Muszę przyznać, że tę zrealizowano naprawdę
solidnie i produkcja Arkane Studios wciąga jak diabli. Sami
decydujemy, w jaki sposób chcemy pokonywać kolejne etapy - możemy
zostawić za sobą stosy trupów wybijając każdego co do nogi lub
też cicho i niepostrzeżenie przekraść się za plecami oponenta,
aby osiągnąć wyznaczony cel. Tutaj gracz ma spore pole do popisu,
bowiem do punktu wyjścia prowadzi wiele dróg. Którą obierzemy,
zależy tylko i wyłącznie od nas. To sprawia, że do Dishonored
chce się wracać, półotwarty świat aż prosi się, aby ponownie
zatopić się w jego realiach.
SZCZUREM I MIECZEM
Cały tytuł można przejść bez
zabijania kogokolwiek. Taki moduł zabawy ułatwią nam choćby
usypiające bełty czy też zakradanie się do przeciwników od tyłu
i pozbawianie ich przytomności. Siejąc śmierć i zniszczenie gracz
ma nieco większe pole manewru, a to za sprawą rozmaitego arsenału,
który może ulepszać wedle upodobań. Pistolet, kusza, pułapki,
miecz - do wyboru, do koloru. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze
nadprzyrodzone moce, jakimi Corvo jest w stanie dysponować. Nasz
protagonista może przywołać stado krwiożerczych szczurów
potrafiących w mgnieniu oka pożreć oponenta nie zostawiając po
nim nawet kosteczki. Natomiast spowalniając czas dane nam będzie
pokombinować nieco z kombosami. Oczywiście moce przydają się
także podczas eksploracji i przemierzania plansz, np. dzięki
Mignięciu błyskawicznie przeniesiemy się do wybranego miejsca,
jeśli tylko zasięg nam na to pozwala. Zdolności te ulepszamy za
pomocą ukrytych na mapach run.
Sposób, w jaki osiągamy cele decyduje
o poziomie Chaosu. Jego wartość determinuje częstotliwość
występowania płaczek i nieprzyjaznych szczurzych plag, które będą
nas atakowały. Nasze destrukcyjne działania mają także wpływ na
zakończenie gry - w zależności od stylu, jaki obierzemy, ujrzymy
nieco inne rozwiązanie historii. Żeby w pełni poczuć satysfakcję
z zabawy, trzeba przejść Dishonored minimum dwa razy. Tym bardziej,
że decydując się na tryb skradankowy, możemy wykazać się
niemałą kreatywnością. Szkoda tylko, że niemal wszystkie misje
sprowadzają się jedynie do przejścia z punktu A do punktu B.
Czas co nieco powiedzieć o AI
przeciwników. Z jednej strony jest ono naprawdę przyzwoite - kiedy
wróg staje się podejrzliwy, zbacza z oskryptowanych ścieżek i
przeczesuje rozmaite kąty, by zlokalizować źródło ewentualnego
zagrożenia oraz zmienia trasy swojego patrolu, potrafi też zbić
się w grupkę i wspólnie przeczesywać teren. Gorzej jednak sprawa
się ma, gdy już strażnicy dostrzegą Corvo. Wtedy rzucają się na
niego z mieczami jak szczur na padlinę i nie stosują jakichś
wymyślnych technik walki. Od czasu do czasu rzucą granatem lub
użyją broni palnej, jednak to ostrze jest ich główną bronią.
A walka wręcz nie należy do
wybitnych. Nie jest zła, nie zrozumcie mnie źle. Po prostu wydaje
się być nieco chaotycznie i topornie zrealizowana, jednak bardzo
spodobało mi się to, iż nie trzeba zadawać aż dziesięciu
ciosów, aby oponent padł. W zależności od zadanej rany, wróg
może polec od jednego pchnięcia w brzuch, bądź dwóch-trzech cięć
poprzecznych. Umiejętne wycelowanie z pistoletu lub kuszy także
może przynieść natychmiastowy zgon. Mimo to potyczki w zwarciu nie
są spektakularne, a ich realizacja nie powoduje u gracza opadu
szczęki.
MAŁE, A CIESZY
Z drobniejszych smaczków, jakie możemy
dostrzec w Dishonored jest możliwość dostosowania interfejsu do
własnych potrzeb. W niektórych produkcjach jego poszczególne
elementy są rozmieszczone dość niefortunnie. W produkcji Arkane
Studios możemy sami zdecydować, które składniki interfejsu chcemy
mieć wyświetlane. Wszystko to można w prosty sposób dostosować z
poziomu opcji gry.
Graficznie tytuł prezentuje się
ładnie, warstwa artystyczna robi wrażenie i buduje naprawdę
intrygujący klimat. Dunwall to ponure, wyniszczone przez zarazę
miasto z zabitymi dechami domostwami. Design poziomów zasługuje na
uznanie. Może się wydać nieco monotonny, lecz usprawiedliwiają to
rozliczne drogi prowadzące do celu oraz chaos spowodowany przez
Plagę Szczurów. Gorzej prezentuje się techniczna strona oprawy,
niektóre tekstury rażą kiepską rozdzielczością, natomiast
szczegółowość map nie imponuje. Nie przeszkadza to jednak w
dorzuceniu swoich pięciu groszy do klimatu tytułu. Tym bardziej, że
Dishonored nie ma wygórowanych wymagań sprzętowych, ponadto jest
fenomenalnie zoptymalizowany. Do warstwy muzycznej nie mam
zastrzeżeń, utwory mają dość ponury charakter, dzięki czemu
atmosfera jest jeszcze bardziej gęsta i ciężka. Idealnie wpasowuje
się do całości produkcji.
Długość gry jest sprawą zależną
od tego, czy zdecydujemy się poświęcić czas na szukanie
wszystkich amuletów i run, czy też po prostu pognamy przed siebie.
Odnalezienie wszystkich ukrytych obiektów przy średnim poziomie
chaosu pozwoliło mi ukończyć tytuł mniej więcej w 17 godzin, co
jest wynikiem zadowalającym. Nie każdy jednak podejmie się tego
wyzwania i znajdą się osoby, które przejdą wszystkie misje w
lekko ponad 6 godzin.
Dishonored to naprawdę udany i
grywalny tytuł. Jego obecność na rynku cieszy, bowiem wybór
skradanek jest zatrważająco niewielki. Czy dziecko Arkane Studios
może konkurować z legendarnym Thiefem i Deus Eksem? Może, pod
warunkiem, że nastawimy się na nieco inny styl zabawy. Polecam nie
tylko wielbicielom krycia się w cieniu, bowiem gra oferuje znacznie
więcej, niż tylko skakanie po dachach i przyklejanie się plecami
do muru.










