Ads 468x60px

4.01.2013

Recenzja gry Trainz Symulator 12, czyli jedzie pociąg z daleka!

Seria Trainz to seria z tradycjami. Obok niej na przestrzeni lat pojawiło się jeszcze mnóstwo innych pozycji, w których główną atrakcją była jazda pociągiem i odpowiednie układanie torów. Niektóre z tych tytułów potrafiły wciągnąć, niektóre odstraszały nudą. Jak się ma sprawa z Trainz Symulator 12?

POCIĄGAJĄCY POCIĄG

Pierwszy kontakt z każdym symulatorem nie może obejść się bez przejścia samouczka. To właśnie tutaj uczymy się zarówno podstaw gry, jak i bardziej zaawansowanych mechanizmów zabawy. W TS 12 tutorial został zrealizowany poprawnie – system jasno wyjaśnia nam, co i jak powinniśmy robić, aby w pełni cieszyć się z contentu produkcji. Lojalnie uprzedzam – jeśli nigdy nie byliście pasjonatami poprzednich odsłon cyklu, ta również nie przypadnie Wam do gustu. Dlaczego? Ponieważ rozgrywka jest powolna, dość skomplikowana i fanów akcji okraszonych toną fajerwerków z pewnością nie zadowoli nawet w najmniejszym stopniu.


Już podczas samouczka dowiadujemy się, że bycie maszynistą do łatwych zawodów nie należy. Musimy zwracać uwagę na takie aspekty prowadzenia żelaznego kolosa jak odpowiednia prędkość, prawidłowe przestawianie zwrotnic, dokładna obserwacja terenu oraz umiejętne hamowanie. Wbrew pozorom najzwyklejsze zatrzymanie pociągu na peronie do łatwych zadań nie należy, wymaga to bowiem wyczucia i praktyki. Oczywiście, możemy cały czas napierać do przodu i stawać sto metrów za peronem, ale taka zabawa kompletnie mija się z celem.

TOROWANIE TORÓW

Twórcy przygotowali dla graczy 27 różnych tras osadzonych zarówno w Europie oraz USA, jak i Azji. Co więcej, są one dość realistycznie odwzorowane i mają swoje odpowiedniki w realnym świecie. Na każdej z tras mamy do wykonania konkretne cele (np. dostawa poczty pod wskazane miejsce), choć zadania są dość schematyczne i bez zbędnych udziwnień. Jeśli ilość domyślnych plansz nie spełnia Waszych oczekiwań, za pomocą dołączonego edytora możecie sami stworzyć własne trasy od podstaw. Ten nie jest nader skomplikowany i zabawa w projektanta może się podobać.

Auran starało się jak najbardziej urozmaicić rozgrywkę. Samych pociągów, jakimi przyjdzie nam pokierować, jest kilka rodzajów – od zwykłych osobówek, po maszyny stricte towarowe. Co ciekawe, posiadają one różne silniki (spalinowe, elektryczne bądź parowe), co wpływa na sposób jazdy. Wszystko obserwujemy z kilku możliwych ustawień kamery, natomiast na otoczenie możemy rzucić okiem nawet z poziomu helikoptera. Wszystko to okraszono także zmiennymi warunkami pogodowymi.


PO SZYNACH DO CELU

Pod kątem rozgrywki mam dwa, dość istotne, zarzuty. Przede wszystkim konieczność ograniczania prędkości to bujda. Niejednokrotnie jechałem szybciej, niż powinienem i nie uświadczyłem w tym aspekcie żadnych konsekwencji. Kiedy maszyna powinna już dawno wykoleić się i runąć w przepaść, jechała w najlepsze za nic mając sobie systemowe ograniczenia. Drugim problemem jest czas wymagany do przejechania poszczególnych tras. Pokonanie niektórych trwa godzinę, innych aż trzy. Jak łatwo zgadnąć, gra szybko potrafi znudzić i przytłoczyć monotonią.

Trainz Symulator 12 nieco zawodzi pod względem technicznym. Choć tytuł nie ma zbyt wygórowanych wymagań sprzętowych, to jednak przed rozpoczęciem gry warto zaopatrzyć się w mocniejszego peceta. Niejednokrotnie tytuł potrafił chrupnąć, zwłaszcza podczas oddaleń kamery. Grafika jest mocno nierówna, niektóre tekstury mogą powodować nocne koszmary, inne z kolei zaskakują swoją bardzo wysoką rozdzielczością. W ogólnym rozrachunku jednak oprawa nie należy do pięknych, często jest kanciasto i pikselowo. Elementy otoczenia niczym nie zaskakują, a szkoda. Muzycznie jest słabo, sprawę nieco ratują odgłosy dobiegające z pociągu. Muszę przyznać, iż brzmią naprawdę realistycznie.

TS 12 z pewnością nie jest tytułem dla każdego. To ciekawy, rozbudowany symulator jazdy pociągiem, ale nic więcej. Tryb multiplayer, choć intrygujący i ciekawy, świeci pustkami i ciężko liczyć na pasjonującą rozgrywkę z wirtualnymi graczami. Jeśli interesujecie się tego typu produkcjami i zawsze chcieliście poczuć się jak rasowy maszynista – bierzcie w ciemno. Jeśli nie, bez żalu obejdźcie tytuł z daleka.


Plusy
 Prawdziwa gratka dla fanów serii!
 W końcu jest multi i niezły edytor
 Sporo tras i typów pociągów
                                                                             
Minusy
 Marna grafika
 Monotonia
 Zbyt długie trasy

2.01.2013

Recenzja gry Dishonored, czyli ukrywamy się w cieniu!


W zalewie rozmaitych kontynuacji i tytułów bazujących na znanych i lubianych produkcjach, pojawienie się na rynku nowej marki zaczyna urastać do rangi wydarzenia miesiąca. Jest to jednak wytłumaczalne - gracze wolą dostać to, co już widzieli mając pewność, że pozycja z ulubionym bohaterem lub mechaniką rozgrywki z pewnością przypadnie im do gustu. Czy w świecie elektronicznej rozrywki jest miejsce dla Dishonored?

ZNIESŁAWIONY

Okazuje się że tak, bowiem recenzowany tytuł jest dzielnym przedstawicielem gatunku skradanek. Gatunku, który na gwałt potrzebował dobrego reprezentanta, bowiem tego typu gier jest po prostu jak na lekarstwo. Fani legendarnego Thiefa czy też Deus Eksa z pewnością spędzą przy Dishonored masę czasu bawiąc się wyśmienicie, cała reszta powinna pokiwać głowami i stwierdzić: "tak, tego mi było trzeba".

Realia, w jakich toczy się opowieść, są naprawdę ciekawe, sam pomysł na fabułę, choć nieco sztampowy, potrafi wciągnąć. Rzecz dzieje się w czasach, gdy to świat wkracza w epokę przemysłową. Esmond Roseburrow odkrywa niezwykłe właściwości tranu, który jest w stanie zapewnić energię; wkrótce ów surowiec zostaje wykorzystany do celów militarnych przez Antona Sokolova. Esmond zrozpaczony tym faktem postanawia popełnić samobójstwo, przez co Sokolov zyskuje jeszcze większą sławę.




Życie w mieście Dunwall nie należy jednak do beztroskich, bowiem niespodziewanie wybucha Szczurza Plaga dziesiątkująca mieszkańców zmieniając ich w płaczki, czyli swoiste zombie. Miasto zostaje poddane kwarantannie, poszczególne dzielnice odizolowano, by zapobiec rozprzestrzenianiu się odpowiednika dżumy. Tymczasem Sokolov opracowuje lekarstwo mające na celu zredukowanie szansy na infekcję, jednak jego cena jest zatrważająca i niewielu może sobie na nie pozwolić. Cesarzowa Jessamine Kaldwin z całego serca pragnie ulżyć w cierpieniu swojemu ludowi, komuś jednak nie podoba się ten pomysł i w wyniku spisku władczyni ginie. Winą za zabójstwo zostaje obarczony główny bohater - Corvo Attano, który odegra kluczową w rolę w kształtowaniu przyszłości Dunwall.

Zarys fabularny nie brzmi wybitnie, sama opowieść, choć do najgorszych nie należy, jest poprowadzona dość kiepsko. Twórcy co prawda potrafią budować napięcie i zadbali o zwroty akcji, jednak są one strasznie przewidywalne, przez co element zaskoczenia nie robi na graczu wrażenia. Gdyby nie bazowano na sztampowych rozwiązaniach fabularnych i pokuszono się o jakiś powiew świeżości w tej materii, cała opowieść nabrałaby innych barw. Nie można jednak odmówić całości niespotykanego nigdzie indziej klimatu.

PLEJADA BEZOSOBOWOŚCI

Kiepsko także wypadają postacie. Sam Corvo nie należy do bohaterów wybitnych, nie wyróżnia się żadną cechą osobowości, która zapadłaby nam w pamięć. Podobnie jest z postaciami niezależnymi - to zwykli szarzy ludzie knujący intrygi, przepełnieni trwogą i rządzą władzy jednocześnie. Na ich tle wyróżnia się jedynie Babunia Łach, staruszka ze skrzywioną psychiką, która jako jedyna pozostała w mojej pamięci na dłużej. Szkoda, naprawdę szkoda, bo niektórzy NPC-e mieli spore predyspozycje, by stać się dla gracza kimś więcej niż jedynie osobami pełniącymi określoną funkcję w społeczeństwie skalanym przez Plagę.



Motorem napędowym całej zabawy jest tutaj mechanika gry. Muszę przyznać, że tę zrealizowano naprawdę solidnie i produkcja Arkane Studios wciąga jak diabli. Sami decydujemy, w jaki sposób chcemy pokonywać kolejne etapy - możemy zostawić za sobą stosy trupów wybijając każdego co do nogi lub też cicho i niepostrzeżenie przekraść się za plecami oponenta, aby osiągnąć wyznaczony cel. Tutaj gracz ma spore pole do popisu, bowiem do punktu wyjścia prowadzi wiele dróg. Którą obierzemy, zależy tylko i wyłącznie od nas. To sprawia, że do Dishonored chce się wracać, półotwarty świat aż prosi się, aby ponownie zatopić się w jego realiach.

SZCZUREM I MIECZEM

Cały tytuł można przejść bez zabijania kogokolwiek. Taki moduł zabawy ułatwią nam choćby usypiające bełty czy też zakradanie się do przeciwników od tyłu i pozbawianie ich przytomności. Siejąc śmierć i zniszczenie gracz ma nieco większe pole manewru, a to za sprawą rozmaitego arsenału, który może ulepszać wedle upodobań. Pistolet, kusza, pułapki, miecz - do wyboru, do koloru. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze nadprzyrodzone moce, jakimi Corvo jest w stanie dysponować. Nasz protagonista może przywołać stado krwiożerczych szczurów potrafiących w mgnieniu oka pożreć oponenta nie zostawiając po nim nawet kosteczki. Natomiast spowalniając czas dane nam będzie pokombinować nieco z kombosami. Oczywiście moce przydają się także podczas eksploracji i przemierzania plansz, np. dzięki Mignięciu błyskawicznie przeniesiemy się do wybranego miejsca, jeśli tylko zasięg nam na to pozwala. Zdolności te ulepszamy za pomocą ukrytych na mapach run.

Sposób, w jaki osiągamy cele decyduje o poziomie Chaosu. Jego wartość determinuje częstotliwość występowania płaczek i nieprzyjaznych szczurzych plag, które będą nas atakowały. Nasze destrukcyjne działania mają także wpływ na zakończenie gry - w zależności od stylu, jaki obierzemy, ujrzymy nieco inne rozwiązanie historii. Żeby w pełni poczuć satysfakcję z zabawy, trzeba przejść Dishonored minimum dwa razy. Tym bardziej, że decydując się na tryb skradankowy, możemy wykazać się niemałą kreatywnością. Szkoda tylko, że niemal wszystkie misje sprowadzają się jedynie do przejścia z punktu A do punktu B.

Czas co nieco powiedzieć o AI przeciwników. Z jednej strony jest ono naprawdę przyzwoite - kiedy wróg staje się podejrzliwy, zbacza z oskryptowanych ścieżek i przeczesuje rozmaite kąty, by zlokalizować źródło ewentualnego zagrożenia oraz zmienia trasy swojego patrolu, potrafi też zbić się w grupkę i wspólnie przeczesywać teren. Gorzej jednak sprawa się ma, gdy już strażnicy dostrzegą Corvo. Wtedy rzucają się na niego z mieczami jak szczur na padlinę i nie stosują jakichś wymyślnych technik walki. Od czasu do czasu rzucą granatem lub użyją broni palnej, jednak to ostrze jest ich główną bronią.



A walka wręcz nie należy do wybitnych. Nie jest zła, nie zrozumcie mnie źle. Po prostu wydaje się być nieco chaotycznie i topornie zrealizowana, jednak bardzo spodobało mi się to, iż nie trzeba zadawać aż dziesięciu ciosów, aby oponent padł. W zależności od zadanej rany, wróg może polec od jednego pchnięcia w brzuch, bądź dwóch-trzech cięć poprzecznych. Umiejętne wycelowanie z pistoletu lub kuszy także może przynieść natychmiastowy zgon. Mimo to potyczki w zwarciu nie są spektakularne, a ich realizacja nie powoduje u gracza opadu szczęki.

MAŁE, A CIESZY

Z drobniejszych smaczków, jakie możemy dostrzec w Dishonored jest możliwość dostosowania interfejsu do własnych potrzeb. W niektórych produkcjach jego poszczególne elementy są rozmieszczone dość niefortunnie. W produkcji Arkane Studios możemy sami zdecydować, które składniki interfejsu chcemy mieć wyświetlane. Wszystko to można w prosty sposób dostosować z poziomu opcji gry.

Graficznie tytuł prezentuje się ładnie, warstwa artystyczna robi wrażenie i buduje naprawdę intrygujący klimat. Dunwall to ponure, wyniszczone przez zarazę miasto z zabitymi dechami domostwami. Design poziomów zasługuje na uznanie. Może się wydać nieco monotonny, lecz usprawiedliwiają to rozliczne drogi prowadzące do celu oraz chaos spowodowany przez Plagę Szczurów. Gorzej prezentuje się techniczna strona oprawy, niektóre tekstury rażą kiepską rozdzielczością, natomiast szczegółowość map nie imponuje. Nie przeszkadza to jednak w dorzuceniu swoich pięciu groszy do klimatu tytułu. Tym bardziej, że Dishonored nie ma wygórowanych wymagań sprzętowych, ponadto jest fenomenalnie zoptymalizowany. Do warstwy muzycznej nie mam zastrzeżeń, utwory mają dość ponury charakter, dzięki czemu atmosfera jest jeszcze bardziej gęsta i ciężka. Idealnie wpasowuje się do całości produkcji.

Długość gry jest sprawą zależną od tego, czy zdecydujemy się poświęcić czas na szukanie wszystkich amuletów i run, czy też po prostu pognamy przed siebie. Odnalezienie wszystkich ukrytych obiektów przy średnim poziomie chaosu pozwoliło mi ukończyć tytuł mniej więcej w 17 godzin, co jest wynikiem zadowalającym. Nie każdy jednak podejmie się tego wyzwania i znajdą się osoby, które przejdą wszystkie misje w lekko ponad 6 godzin.

Dishonored to naprawdę udany i grywalny tytuł. Jego obecność na rynku cieszy, bowiem wybór skradanek jest zatrważająco niewielki. Czy dziecko Arkane Studios może konkurować z legendarnym Thiefem i Deus Eksem? Może, pod warunkiem, że nastawimy się na nieco inny styl zabawy. Polecam nie tylko wielbicielom krycia się w cieniu, bowiem gra oferuje znacznie więcej, niż tylko skakanie po dachach i przyklejanie się plecami do muru.

Plusy
 Klimat!
 Dowolność wyboru dróg prowadzących do celu
 Wysoka grywalność
 Artystyczna oprawa graficzna i dźwiękowa
                                                                             
Minusy
 Kiepsko poprowadzona fabuła
 Bezbarwne postacie


Premiery stycznia, czyli co zafunduje nam Cenega?


Z hukiem weszliśmy w rok 2013, czas zerknąć, co przygotowała dla nas Cenega w obecnym miesiącu! Jest na co czekać, zapowiedzi jasno sugerują, że w tym roku ciężko będzie nam odejść od ekranów. Skupmy się jednak na styczniu - ilościowego szału nie ma, ale za to jaka jakość!

DmC: Devil May Cry
Platformy: PC, PlayStation 3, Xbox 360
Polski wydawca: Cenega
Premiera: 15.01.2013



DmC przedstawia historię młodego Dantego, odkrywającego co tak naprawdę niesie ze sobą bycie dzieckiem demona i anioła. Podwójne korzenie odciskają swe piętno na bohaterze potrafiącym przywołać anielskie oraz demoniczne moce wedle potrzeby i zmieniać właściwości swojego miecza Rebellion, wpływając tym samym na styl walki oraz przemieszczania się.

Na potrzeby DmC Capcom połączył swe siły z brytyjskim studiem Ninja Theory, znanym z gier akcji zawierających złożone postacie oraz narrację. Kombinacja wiedzy Ninja Theory oraz bezkonkurencyjnego doświadczenia Capcomu w produkcji ukierunkowanych na akcję gier gwarantuje, że najnowsza odsłona serii utrzyma ducha Devil May Cry, jednocześnie zachwycając filmową jakością produkcji.



Ni No Kuni: Wrath of the White Witch
Platformy: PlayStation 3,
Polski wydawca: Cenega
Premiera: 25.01.2013



Ni no Kuni: Wrath of the White Witch to podnosząca na duchu opowieść o chłopcu imieniem Oliver, który wyrusza w podróż do równoległego świata, by przywrócić swą matkę ze zmarłych. Po drodze Oliver poznaje nowych przyjaciół i przygarnia wiele wspaniałych stworzeń zamieszkujących obcy świat, przysposabiając je do walki. Za animację w grze opracowywanej przez firmę LEVEL-5 odpowiada legendarne Studio Ghibli, dzięki czemu gracze otrzymają piękne animacje, a także mistrzowską narrację.

Power Rangers Super Samurai
Platformy: Xbox 360+Kinect
Polski wydawca: Cenega
Premiera: 25.01.2013


Power Rangers Super Samurai pozwoli swoim fanom posiąść Samuraizer, aby zawładnąć wszystkimi mistycznymi żywiołami Ognia, Wody, Nieba, Lasu i Ziemi, które materializują się jako Czerwony, Niebieski, Zielony czy Różowy Rangers.

Trenowanie sztuk walki i zwinność połączone z grupowymi walkami uczą jak wielkie znaczenie ma praca w grupie, przyjaźń i odpowiedzialność w walce z hordami potworów Nighlok. Gracze mogą również odkrywać sekretne przejścia, ukryte poziomy i wskazówki jak pokonać armie zła podczas zbierania wystarczającej ilości Zord-ów, które dadzą dostęp do Samurajskiego Megazorda, potrzebnego do zwyciężenia MegaPotwora raz na zawsze.